ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Sportowiec & muzyk
To tu, to tam
Léonard Blanchar
Try me. :>
Life is tough, and things don't always work out well, but we should be brave and go on with our lives.
Tak się prezentuje mniej więcej, tylko pewnie buty jakieś z tamtejszych czasów, nie takie markowe XD + twarz okryta kocią maską Background Music Akcja dzieje się w Goguryeo, jednym z Trzech Królestw Korei; czasy przed naszą erą

Mam już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Musiałem się odseparować od pałacu, w innym wypadku chyba bym oszalał. Gdyby nie pewne wydarzenia, możliwe, że bym się wkręcił w to całe królowanie… nie ma takiej opcji. Jak na moje... wszystko jest spierdolone, absolutnie mi się to nie podoba. Chyba jako jedyny się właściwie zbuntowałem, jednak miałem swoje powody... nie zamierzałem tego dłużej tolerować i podporządkowywać się temu cholernemu idiotycznemu systemowi. Z początku myślałem, że sprawowanie władzy może być fajne... gdzie tam. Obserwując to wszystko coraz bardziej mnie odrzucało.

Mój ojciec Yuri był surowym i bezwzględnym władcą, siejącym strach i spustoszenie dookoła. Przekonałem się o tym nie raz i nie dwa, nawet na własnej skórze, jakim potrafi być brzydko mówiąc chujem, mimo że niektóre rzeczy robił jak uważał „dla mojego dobra”. Sam zresztą byłem trenowany od małego na najlepszego wojownika posługującym się też sprawnie tak zwanym mieczem Korejskim. Jasne, wygrywałem także wiele walk, ale za każdym razem mi coś nie pasowało; czułem, że to nie w porządku. Na dokładkę rodzice chcieli mi wcisnąć kogoś na żonę... którą mimo wszystko pokochałem, a ja ostatecznie tak czy siak dostałem szmatą po ryju i się strasznie rozczarowałem. Przez nią pokłóciłem się trochę z najlepszym przyjacielem, na którego aktualnie jestem obrażony. Być może z czasem mi to minie...
Ogółem gdyby nie śmierć mojego brata, to bym może uniknął tego losu, a tak… przeznaczone było mi przejąć generalnie tron jak umrze mój ojciec. Krążyły pewne plotki czemu on to zrobił, a ja go nie zdążyłem za bardzo poznać... podobno popełnił samobójstwo, a dlaczego... tego nie udało mi się dowiedzieć. Nasłuchiwałem się również, jakim to ja jestem lekkomyślnym i nieposłusznym niewdzięcznikiem, oczywiście nie bezpośrednio z ust ojca, ale i takie rzeczy dochodziły do mych uszu... Lecz nikt nie miał na mnie jakiegokolwiek wpływu, nie dawałem nikomu wejść sobie na głowę i miałem głęboko w dupie co o mnie ktokolwiek myślał.

Niestety pewne wydarzenie odcisnęło piętno na mojej psychice. Doznałem po tym jakiejś... traumy, o której nie mam najmniejszej ochoty szczegółowo opowiadać. W skrócie jedynie powiem, że było to związane z kobietą, którą jak najbardziej kochałem i miała być moją żoną, a mnie tak okrutnie zraniła. Wybrała innego, właśnie mojego kumpla. A dlaczego? Bo widocznie w jej oczach stałem się brzydki i odrzucający, gdyż nie mogła na mnie patrzeć, ciągle mnie unikała. Jak do mnie później dotarło — ewidentnie dlatego, że w pewnej walce gorzej mi poszło, a ja porządniej oberwałem. Jestem tylko człowiekiem, czyż nie? Mi też zdarzają się pomyłki. Naturalnie zwycięstwo było po naszej stronie mimo tego drobnego błędu, który jednocześnie tak wiele zepsuł. Finalnie moja twarz została okropnie oszpecona... przynajmniej ja to tak odczuwałem, w końcu... gdyby nie ten drobny wypadek, moja była by mnie nie zostawiła, prawda...? Teraz to już nie ma żadnego znaczenia... Po tym bolesnym i przykrym incydencie postanowiłem się nieco wycofać, ale w taki sposób, by rodzice się niczego nie domyśleli. Poza tym coraz mniej przychylnie na mnie patrzono, drwiono ze mnie wokół... jakby nie wiadomo co się stało. Poprosiłem więc matkę i ojca o więcej przestrzeni, że potrzebuję pobyć w samotności przez jakiś czas... nie sprecyzowałem na jak długo. Musiałem im wcisnąć kit, że niedługo wrócę i niech dadzą mi chociaż dwa miesiące na to, ponieważ potrzebuję czasu dla siebie. Na szczęście choć niechętnie na to przystali. Wybrałem zamek, który znajdywał się około godzinę drogi konno od głównego dworu w królestwie. Miejsce, które raczej ludzie omijali, a w większości nie wiedzieli w ogóle o jego istnieniu. To tam się usytuowałem, mogąc odetchnąć i poukładać chaotyczne myśli i dodatkowo rozwinąć swoje zainteresowania, których dotychczas za bardzo nie mogłem. Ze względu na tak duże zmiany... zanim wyruszyłem zdecydowałem się na coś jeszcze. Mianowicie ściąłem swoje długie blond włosy na krótko, choć też nie przesadnie i zafarbowałem na czarno.

Zamczysko było sporych rozmiarów, posiadało kilkanaście różnych pomieszczeń, w tym jedno, w którym przesiadywałem najczęściej — nazwałem go takim pokojem muzycznym, gdzie po kryjomu tworzyłem muzykę na wielkim instrumencie z klawiszami, który stał po środku. Znałem się też na leczeniu całkiem nieźle, więc hodowałem wszelkiego rodzaju rośliny, acz nie same lecznicze. Tym oto sposobem powstał na zewnątrz majestatyczny, zapierający dech w piersiach ogród, który skrupulatnie pielęgnowałem. Tak, to tym dwóm hobby poświęciłem najwięcej uwagi, codziennie chodząc w kociej masce, która zakrywała moją facjatę, bym nie musiał na siebie patrzeć w lustrze i tak jakoś bardziej komfortowo się dzięki niej czułem. Zdejmowałem ją jedynie na noc, kiedy kładłem się spać. I tak sobie funkcjonowałem totalnie wyalienowany, nie przejmując się kompletnie niczym, co mi jak najbardziej odpowiadało. Z początku częściej odwiedzałem rodziców, co im obiecałem, lecz im dni mijały... tym robiłem to rzadziej, chcąc powoli się od królewskiego życia odciąć raz na zawsze. Nie wiedziałem wprawdzie w jaki sposób to zrobię, aczkolwiek wciąż miałem czas na wymyślenie planu idealnego. Niestety czy może raczej „stety” ktoś zakłócił moją ciszę i spokój.

Pewnego dnia podczas zachodu słońca, na który spoglądałem jak zwykle z okna zarejestrowałem z oddali jakiś ruch... wytężyłem wzrok aby móc lepiej przyjrzeć się intruzowi, co było dość utrudnione z takiej odległości, ale to co trzeba dało się zobaczyć. Był to jakiś wysoki, umięśniony mężczyzna ze smutnym wyrazem twarzy, który zrywał piękne niebieskie róże z mojego ogrodu. Pierwsze co mi się nasunęło na myśl — że pewnie chciał sprawić prezent dla swojej ukochanej, co wydawało mi się całkiem logiczne. Niemniej coś mi tu nie pasowało... zacząłem go zatem dokładniej obserwować. Nie podobało mi się, że bez pytania kradł moją własność, jednak pozwoliłem mu na to, choć grymas niezadowolenia jawił się na mych ustach. Chciałem wiedzieć, do czego to dąży, odrobinę lepiej mu się przyjrzeć. Nie mogłem zaprzeczyć... miał w sobie coś, co przykuwało wzrok, był cholernie przystojny, seksowny... agh, o czym ja właściwie myślę?! To niedopuszczalne. Zapewne za coś takiego dokumentnie by mnie wyklęto i wydziedziczono… chociaż z drugiej strony co mi za różnica? I tak się już tak czułem...
Ech, co ja się i tak oszukuję, przecież on by na mnie nie spojrzał… Poza tym stawiam, że i tak już kogoś ma, a z taką świadomością mocniej zamknąłem się w sobie i stchórzyłem. Nie miałem odwagi do niego wyjść ani mu się ujawnić, mimo że jakaś niewyjaśniona siła mnie do niego pchała. Nie wiem z jakiego powodu gdy tak wodziłem spojrzeniem za każdym jego ruchem, który wykonywał... moje serce zabiło mocniej, zrobiło mi się jakoś dziwnie gorąco. Czyżby miłość od pierwszego wejrzenia? Nie wiem... lepiej, żeby nie. To nie ma prawa bytu!
I tak stałem jak ostatni kołek z rozżaleniem patrząc, jak tamten zaczyna się oddalać z zapełnionym koszykiem kwiatów, a jego sylwetka znika chwilę później gdzieś w ciemnościach… Westchnąłem ciężko, w czym było słychać swego rodzaju jawną tęsknotę. Tak, marzyłem o miłości... lecz w moim stanie byłem przekonany, iż nie jest mi ona dana, że nigdy mnie już nikt nie pokocha, a ja jestem wyrzutkiem skazanym na wieczną samotność.


I tak przez kilka kolejnych dni co wieczór o tej samej porze stawałem przy tym samym oknie oczekując JEGO przyjścia. Ku mojemu zaskoczeniu… pojawiał się w identycznym miejscu. A ja przyglądałem się nieznajomej w moich oczach pięknej istocie, od której nie potrafiłem oderwać tych swoich ciemnobrązowych tęczówek. Dosłownie gapiłem się na tego mężczyznę z wyraźną fascynacją... lecz śmiałości niezmiennie było mi brak, by stanąć z nim twarzą w twarz. Z jakiegoś niejasnego powodu chciałem go lepiej poznać, pragnąłem go... Mimo że uważałem, że nie mam u niego najmniejszych szans... wciąż go pragnąłem, a te cholerne pragnienie się nasilało, zaczynało być wręcz nie do zniesienia...
Jakimś cudem się przełamałem parę dni później. Zebrałem w sobie dostateczną ilość odwagi; zaryzykowałem. Nic nie stracę, a tak… przynajmniej się czegoś dowiem. Oczywiście mając kocią maskę na twarzy wyszedłem mu naprzeciw, opierając się bokiem o korę jednego z drzewek, co wyszło mi nieumyślnie trochę zbyt... kusząco, uwodzicielsko, co bynajmniej nie było moim zamierzeniem. To ciało się tak ustawiło. Nie moja wina, że na jego widok kolana mi miękły i niezbyt nad sobą panowałem! Byłem w dalszym ciągu od niego oddalony, acz z tej odległości mogłem wyłapać więcej szczegółów. Skrzyżowałem ręce na piersi.
Ładnie to tak kraść? — zacząłem niby to z wyrzutem, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać! Tak naprawdę nie miałem mu tego za złe jak na początku. Jestem wyrozumiały i byłem przekonany, że będzie miał jakieś konkretne wytłumaczenie swych karygodnych czynów. — Przychodzisz tu co noc... ciekawi mnie co jest tego przyczyną. Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy, ba chętnie bym ci jakoś pomógł, jeśli mogę... chcę tylko znać prawdę. — dodałem po krótkiej przerwie z jawnym zaintrygowaniem słyszalnym w moim ochrypłym, głębokim głosie. Czułem, jak moje serce zaczyna walić niczym młot, boleśnie obijając się o żebra. Zaś policzki poczęły mnie niemiłosiernie piec im dłużej przyglądałem się ów przybyszowi, czego naturalnie nie było widać, skoro te były ukryte pod maską... Nie rozumiałem, czemu na jego widok reagowałem w tak intensywny sposób, lecz... to było silniejsze ode mnie. To samo tyczy się mojego przyjścia tutaj. W innym wypadku gdyby ktoś kręcił się na zewnątrz w życiu nie wyściubiłbym nosa z zamku ani na sekundę. Prędzej bym go jakoś pogonił, przestraszył, a tak... coś potężnie przyciągało mnie do niego jak jakiś magnes i wyjątkowo nie miałem sił się temu opierać, choć nie byłem pewien czy dobrze robię. Cóż, w tym momencie się nad tym nie zastanawiałem... Czy pożałuję swojej decyzji...?

@Léonard Blanchar
wiek:24 lat/a
wzrost:174 cm
dzielnica:Bel Air
mów mi:Bianka
No, god please no.
Awatar użytkownika
Prawnik/Szef Mafii
Kancelaria Blanchar
Phoenix Moon
Gwałt, bondage, furry, pedofilia, molestowanie, kazirodztwo, odgrywanie zdrady, czy niszczenia związku, kariery, przesadna brutalność, gdy ktoś odgrywa Mary lub Gary Sue.
Postać to nie ja, pamiętaj o tym.
"Są rzeczy, które trzeba zrobić, i robi się je, ale nigdy o nich nie mówi. Nie próbuje się ich usprawiedliwić. Są nie do usprawiedliwienia. Po prostu się je robi. A potem o nich zapomina."
Nazywam się Léonard, zwany Nieustraszonym. Jestem zasłużonym dla Cesarza centurionem, który wiernym jego cesarskiej mości.
Brałem udział w wielu bitwach, potyczkach, z których wyniosłem sporo życiowego doświadczenia. Jednak to nauczyło mnie jednej, ważnej rzeczy: życie jest bardzo kruche i w każdej chwili można je utracić. Dlatego bardzo rozważnie podchodziłem do swoich obowiązków. Zwłaszcza że przez brak ogłady prawie straciłem życie. Gdyby nie wyrozumiałość Cesarza nie mógłbym oglądać spienionych morskich fal uderzających o naves longae. Podziwiać tych morskich istot, które potrafił towarzyszyć nam przez wiele tygodni. To było coś, na czego widok moje serce szybciej zabiło. Nie przypuszczałem, że świat poza Imperium Rzymskim jest równie piękny.

- Centurionie!- posłyszałem głos jednego z żołnierzy, gdzieś tam za moimi plecami.
Odwróciłem się, aby zobaczyć, kto mnie wołał.
-Ach, to ty, Mosé.-uśmiechnąłem się na widok mojego zaufanego zastępcy.
- Informuję, że wieczorem dotrzemy na miejsce.- poinformował mnie o tym, co nastąpi pod koniec dnia.
- Rozumiem.- przeniosłem spojrzenie w kierunku, w jakim zmierzaliśmy.-Goguryeo…magiczna kraina, znana tylko ze zwojów i ksiąg…-zamilkłem na moment, na krótką chwilę.

Muzyka i uderzanie morskich fal o statek, jak i odgłosy załogi były tym, co w tym momencie raczyło zarówno mnie, jak i mojego rozmówcę.
- Centurionie, myślisz, że te historie opowiadane przez tamtego podróżnika okażą się prawdą?- Mosé spojrzał na mnie z wielką uwagą.
- Te o niebieskim kwiecie?- odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Tak.- żołnierz pokiwał głową.
- Miejmy nadzieję, że tak. W końcu obiecałem księżniczce, że sprawdzę prawdziwość tych historii.-podkreśliłem.- W sumie, jak ona się czuje?
- Podziwiam cię, centurionie. Nikt, poza tobą nie chciał się podjąć tej podróży. Zwłaszcza, z księżniczką na pokładzie.- mój rozmówca oparł dłonie na swoim mieczu skrytym w pochwie.- Zasnęła jakiś czas temu. Medyk podał jej zioła, bo których będzie mogła nadrobić zaległości w spaniu.-oznajmił.- Dziwię się, że cesarz puścił swoją jedyną córkę na tak odległą wyprawę.
- Cesarz uratował mi życie. Jestem gotów spełnić każdą jego zachciankę, tudzież jego rodziny, nie ważne jak głupia i nieosiągalna by była. Jestem mu to winien.-przypomniałem tamtemu, dlaczego zgodziłem się na tak długą podróż.- Księżniczce zostało niewiele życia. Myślę, że zgodził się tylko dlatego, że jest świadom, ile czasu jej zostało. Poza tym…-tu przeniosłem wzrok na rozmówcę.- ...możliwe, że nie chciał patrzeć, jak umiera. Księżniczka, z miesiąca na miesiąc jest coraz słabsza. Jej światło blednie. Cesarz wolałby, wraz z małżonką zapamiętać ją jako radosną dziewczynę, niż jako marniejącego ducha.-westchnąłem.

Domyślałem się, co Cesarz mógł czuć, patrząc na córkę z której z dnia na dzień uchodziło życie.
Sam przechodziłem przez to samo.
Moją żonę i córkę zabrała choroba. Nic nie mogłem z tym zrobić. Patrzyłem, jak każdego dnia zanika ich światło. Gdybym miał możliwość, odesłałbym je w miejsce, w którym nie musiałbym patrzeć na ich cierpienie. Jak widać, nie jestem jednym, który ma podobne myśli.

- Widzę ląd na horyzoncie!-zawołał nawigator.
- Ląd? Tak szybko?-zmarszczyłem brwi.- Czyż nie mówiłeś, że mieliśmy dotrzeć tam dopiero pod wieczór?- gestem ręki, nakazałem, aby przyniesiono mi mapę.
- Sam jestem zdziwiony, bowiem jestem więcej niż pewien, że tak miało być.-Mosé był nie mniej zdziwiony niż ja.
- Ezelinie, wyjaśnij, mi jak to się stało, że mój nawigator zauważył ląd?-przyjrzałem się licu starszego mężczyzny.- Czyżbyś się pomylił, mój drogi przyjacielu?- zapytałem, ale absolutnie nie miałem pretensji, że coś takiego miało miejsce.
Na wodach, wszystko było możliwe. A i że ostatnio sztorm nieznacznie zmusił nas do zmiany kursu, było całkiem prawdopodobne, że albo się zgubiliśmy, albo obraliśmy inny kierunek na bardziej wysunięty punkt miejsca, do jakiego zmierzaliśmy.
- Spójrzmy…-Ezelin rozłożył mapę, układając ją na jednej ze skrzyń zamocowanych na pokładzie statku.- To jest mapa, którą podarował nam tamten podróżnik.- popukał palcem w papier.- Jeśli faktycznie zboczyliśmy z kursu przez ten sztorm, to możemy być albo tutaj, albo tutaj, albo…w zupełnie innym miejscu.- wyjaśnił, drapiąc się po szarej brodzie.
- Centurionie! Co zatem robimy?!- zapytał nawigator.
Aby móc mu odpowiedzieć, musiałem unieść głowę ku górze.
- Zatrzymaj statek! Wyślemy dwie mniejsze łodzie, aby rozeznali się w terenie!-nakazałem.
Wolałem dmuchać na zimne. Gdyby nie księżniczka na pokładzie, ruszyłbym przed siebie. Okoliczności jednak były zgoła inne.

---------------------------------------------------------

- Nadal nie rozumiem, jakim cudem zepchnęło nas tak blisko lądu.- postawiłem na blacie stolika naczynie z wodą, jaką piłem.- Czy to w ogóle jest możliwe, przyjacielu?-spojrzałem na Ezelina z ciekawością w oczach.
- Nie zbadane są wyroki Bogów, chłopcze.-Ezelin wskazał na mnie kawałkiem suszonego mięsa.- Z jakiegoś powodu Jowisz zesłał na nas tę straszliwą burzę. Polej mi no jeszcze wina kobieto.-skierował słowa do służki, podstawiając złote naczynie na trunek.- Widocznie mieliśmy przybyć do Goguryeo wcześniej niż zaplanowaliśmy.-wypił łyk wina.- Pamiętaj, z wolą Bogów się nie dyskutuje.-oznajmił.
- Tak, wiem.-wstałem od stołu.- Pozwól, że teraz się oddalę.-założyłem hełm na głowę.- Słyszałem, że w okolicy, jest jakieś opuszczone miejsce, w którym rosną niebieskie kwiaty. Może to te, z opowieści tamtego człowieka.
- Naiwnyś chłopcze, oj naiwnyś.- starzec pokiwał głową.- Takie magiczne rośliny nie rosną w byle opuszczonym ogrodzie.
- Znasz mnie. Wolę sprawdzić każdy trop.- przypomniałem mu, jakim człowiekiem byłem.
- W takim razie idź już.- zostałem pognany jak jakiś natrętny robak.- I jeśli możesz załatw mi jeszcze to kamichi, komichi, czy jak to się tam zwie.-poprosił.- Dawno nie jadłem, tak wybornej potrawy.
Pokiwałem głową, racząc mężczyznę wymownym spojrzeniem.


Wyszedłem z domostwa, z jakiego przyszło nam korzystać. Musiałem przyznać, że miejsce, w jakim się znaleźliśmy, zapierało dech w piersiach. Różniło się tak bardzo od Imperium Rzymskiego. Stroje, wygląd ludzi, ich kultura. Chciałem poznać lepiej kraj, w jakim mieliśmy spędzić dość sporo czasu.
Spacerując ulicami miasta, starałem się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, a towarzyszący mi skryba, zapisywał i uwieczniał na rysunkach wszystko to, co zwróciło naszą uwagę.
Cieszę się, że ten tajemniczy podróżnik nauczył mnie ich języka. Może nie byłem tak dobry, jakbym chciał, ale pozwalało mi to na swobodną komunikację. Najbardziej zachwycały mnie te wszystkie wyroby ceramiczne, jak i niesamowite budowle. Nie dało się spotkać takich w Imperium. Jestem pewien, że gdyby Cesarz je widział, chciałby je mieć u siebie.

Zdecydowanie czułem na sobie wzrok wielu, toteż zdjąłem hełm. Musieliśmy się naprawdę mocno wyróżniać, skoro przyglądali nam się z wielką uwagą. Czułem również dozę nieufności. Wcale im się nie dziwię. Pierwszy raz zapewne, widzieli tak nietuzinkowy statek, który łypał na nich swymi oczami, obserwując uważnie. A nasze stroje...cóż zacząłem się zastanawiać, czy aby nie powinniśmy spróbować zakupić rodzimego ubioru, aby nie rzucać się tak w oczy. Jednak wojskowemu nie można było ot tak porzucić zbroi.
Po drodze udało nam się porozmawiać z kilkoma mieszkańcami. Zapytani o niebieski kwiat wskazywali tylko jedno miejsce. Ogród za wielkim murem i ogromnym budynkiem, który wyglądał na opustoszały. Powiadali, że nazywają to pałacem pagoda. Dziwna to była nazwa. Chociaż nie mniej dziwna niż Piramidy w Gizie.
Postanowiłem odwiedzić ten ogród. Zobaczyć, czy to był ten niebieski kwiat, przez nas poszukiwany.

Obszedłem mur dookoła, gładząc go dłonią. Jakże wspaniale wykonane arcydzieło. Nie mogło jednak dorównać tworom rzymskich rzemieślników. Nikt nie stawiał solidniejszych budowli niż my, Rzymianie. Niemniej, byłem zachwycony starannością wykonania cegieł. Zdawały się wręcz idealne. Przemierzając tak, wzdłuż mur natrafiłem na bramę. Przywodziła na myśl starą, zaniedbaną. Może faktycznie, mieszkańcy mieli rację, że nikt od dawna tutaj nie mieszka? A kwiatami opiekuje się jakiś magiczny duch?

Pchnąłem wrota, które zaskrzypiały. Nie było dla mnie problemem przedostać się do środka. Miałem tyle siły w rękach, że przejście stanęło dla mnie otworem. To, co ujrzałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania! Tyle pięknych kwiatów! Nigdy takich nie widziałem! Nawet w zwojach czy księgach. Tamten wędrowiec mówił prawdę, że ta kraina jest pełna magii. Aż przypomniało mi się, jak spędzałem czas w naszym skromnym ogrodzie z żoną i córką. Nostalgia wkradła się na moje lico. Nie byłem świadom, że ktoś mnie obserwował. Uważnie, z daleka. Mimo że zawsze byłem czujny, tutaj nie wyczułem żadnego zagrożenia. Może dlatego, że ta osoba dobrze się skryła z dala od mojego spojrzenia.

- Ach.- powiedziałem do siebie, widząc rosnące błękitne kwiaty.- Czyżby to o was wspominał tamten wędrowiec, jaki nawiedził Imperium Rzymskie?-kucnąłem przy grządce.
Palcami wodziłem po płatkach. One naprawdę były niebieskie. Jeszcze ten zapach. Coś wspaniałego. Pozwoliłem sobie zerwać kilka kwiatów. Miałem nadzieję, że to były te, których szukaliśmy. Księżniczka naprawdę liczyła na to, że znajdę dla niej te magiczne kwiaty o błękitnym kolorze. Zaciągnąłem się ich zapachem, po czym opuściłem miejsce, w jakim przyszło mi spędzić nieco czasu.

Jak się okazało, nie były to kwiaty, których szukaliśmy. Jednak tak zafascynowały księżniczkę, że zacząłem przychodzić codziennie do tego ogrodu, aby mogła tworzyć z nich piękne kwiatowe ozdoby. Dzisiaj nie było inaczej. Jednak tym razem, los postanowił postawić na mej drodze młodzieńca, który wyszedł mi na spotkanie. Może to on był tym, który tworzył wrażenie bycia obserwowanym?
- Kraść?- odwróciłem się w jego stronę.-Z moich informacji wynika, że ten ogród nie należy do nikogo. Zatem mogę brać stąd wszystko, co tylko uznam za stosowne.-uważnie przyjrzałem się osobie przede mną.
Nie miałem pewności, czy ma dobre zamiary, w związku z czym byłem cały czas gotowy do ewentualnego ataku i obrony swojej osoby.

Nie wiedziałem, że ów młodzian był zafascynowany moją osobą. W sumie nie dziwił bym się mu. My Rzymianie, może i mieliśmy specyficzną urodę, ale nasza budowa ciała różniła się od większości osób. Zwłaszcza nasza, żołnierzy cesarskich. Dobrze widoczne mięśnie ramion i nóg. Do tego zbroja łuskowa, sandały, a przy pasie gladius, krótki miecz, mój wierny towarzysz bitew. Krew niejednego wroga przez niego została przelana i to wielokrotnie.
-Hahaha!zaśmiałem się na jego słowa, o tym, że nie zrobi mi krzywdy.-Młodzieńcze, jestem rzymskim legionistą. My się niczego nie obawiamy! -oznajmiłem i rozejrzałem się po ogrodzie.-Jesteś strażnikiem, bądź opiekunem tego miejsca?-na razie, wolałem nie zdradzać swoich powodów przebywania tutaj.
Jedno było dla niego pewne: zbierałem niebieskie kwiaty. Po co i dlaczego, na razie miało pozostać tajemnicą.

@Phoenix Moon
wiek:34 lat/a
wzrost:184 cm
dzielnica:Arts District
mów mi:Sarameda Hakte
Awatar użytkownika
Sportowiec & muzyk
To tu, to tam
Léonard Blanchar
Try me. :>
Life is tough, and things don't always work out well, but we should be brave and go on with our lives.
Odkąd dokonałem czegoś w moim słowniku niemożliwego... byłem z siebie wewnętrznie dumny mimo wszystko. Że jednak ostatecznie zebrałem się w sobie i wygramoliłem z tego zamczyska i ujawniłem temu fascynującemu nieznajomemu. Owszem, nadal byłem wobec niego nieufny, gdyż skąd mam wiedzieć jakie ma zamiary? Nie wiedziałem też czy ostatecznie nie zostałbym potraktowany dokładnie tak samo jak przez innych... Ale z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu mimo strachu uczyniłem to. Chęć poznania go była silniejsza. Wygrała. Najwyżej mnie zabije, nikt nie będzie po mnie płakał...
Jak sobie tak myślę o tym swoim biednym starszym bracie... coraz bardziej rozumiałem, czemu targnął się na swoje życie i podjął taką, a nie inną decyzję. Nie ukrywam, mnie również samobójcze myśli niejednokrotnie nachodziły. Rozważałem czy tak nie będzie zwyczajnie lepiej, prościej... byłbym wtedy całkowicie wolny raz na zawsze. Zresztą nikt by za mną nie tęsknił, nikomu by mnie nie brakowało... zapomnieliby o mojej osobie zapewne bardzo szybko, zwłaszcza że mój ojciec płodził kolejne potomstwo zawsze będąc zabezpieczonym na różne ewentualności. Koniec końców zawalczyłem, skoro miałem trochę więcej na to czasu, starając się dotrzeć do jakichś sensownych powodów, dla których warto żyć. Chciałbym coś znaczyć na tym zepsutym świecie, na coś się komuś przydać... Coś mi podpowiadało, by chociaż spróbować wyszukać innego rozwiązania, znaleźć jakiś konkretny cel tego mojego istnienia... Wprawdzie jak dotąd nic szczególnego nie przychodziło mi do głowy, lecz odkąd dostrzegłem tego tajemniczego jegomościa w moim ogrodzie... zacząłem mieć nieodparte wrażenie, że w jakimś sensie to właśnie on mi w tym pomoże. Nie miałem bladego pojęcia jak ani nic, niemniej... nie mogłem się tego pozbyć; czułem się jakoś dziwnie.

Gdy tak stałem przed nim, trzymając go póki co na dystans... byłem cholernie rozdarty. Z jednej strony miałem ochotę zwiać z powrotem do środka, a z drugiej... coś mnie pchało ku niemu coraz silniej. Na wszelki wypadek miałem ze sobą swój cholernie ostry miecz dopięty do paska i schowany w pochwie. Wspominałem już, iż Yuri uchodzi za tyrana? Jego głównym zwyczajem było ścinanie głów. A ja sam jestem w posiadaniu jednej z takich broni, która była zdolna do tak okrutnych rzeczy.
Ktoś wprowadził cię zatem w błąd. Cóż… uznajmy, że jestem strażnikiem, który tymczasowo tutaj mieszka. Zanim tu przybyłem, to miejsce było trochę zniszczone i zaniedbane, dlatego... doprowadziłem je do porządku. — wyjawiłem zgodnie z prawdą. Przedtem czasem ktoś tu przychodził i sprawdzał stan, ale fakt, wszystko jest tu specjalnie wykonane tak, żeby zdawało się opuszczone. Aczkolwiek tym razem trochę dłużej nikt tu nie zaglądał, skoro musiałem ożywić większość roślin, a dużą część posadzić od nowa. Kiedy się tu znalazłem nie ruszałem ani bramy, ani nic nie dotykałem od zewnętrznej strony majestatycznego budynku. Za to wewnątrz… to już zupełnie inna bajka. Jednak czy mu to pokażę... wszystko zależy od niego samego. — A te kwiaty, które tak ochoczo zrywasz i jak stwierdziłeś niby do nikogo nie należą… mylisz się. To ja je zasadziłem i ja zadbałem o ten ogród. Beze mnie nie byłoby tu tak pięknie. — dodałem po krótkiej chwili, przyglądając mu się coraz uważniej. Chwilowo nie zmieniałem swej pozycji.

Interesujące... skąd tak właściwie było w nim tyle odwagi...? Każdy się czegoś boi, jakoś mu nie wierzyłem. Ten rzymski legionista kompletnie nic mi nie mówił... Nie znałem innych krain poza Koreą i Chinami; nikt mi o żadnych nie opowiadał... W związku z tym zaczynał mnie ten człowiek intrygować coraz bardziej. — Odpowiedziałem na twoje pytanie, więc... domagam się odpowiedzi na swoje. — odparłem stanowczo, tonem niewnoszącym jakiegokolwiek sprzeciwu. Jakaż tu sprawiedliwość? On miałby posiąść ode mnie jakieś informacje nie dając w zamian takich, które ja chcę poznać? Tak bawić się nie będziemy! — Nikogo powiadasz? Wbrew pozorom wcale nie jestem taki bezbronny jak się mogę wydawać. Potrafię zaskoczyć, nie wolno mnie lekceważyć. Tak czy siak... nie zamierzam atakować bez powodu. — ta nieustraszoność w wypowiedziach stojącego przede mną mężczyzny była imponująca; żeby czasem się nie przeliczył, coś na ten temat wiem... Przesadna pewność siebie może być zgubna. Kiedy tak parsknął śmiechem, zaraził mnie tym i sam zachichotałem specyficznie pod nosem.

W sumie zaczęło mnie nagle zastanawiać, jakim cudem w ogóle mnie zrozumiał? Nieważne, że jego akcent pozostawiał wiele do życzenia, ale umiał się porozumiewać, właściwie... brzmiał niezwykle uroczo. Z początku wydawało mi się, że jak do niego zagadam nic z tego nie ogarnie, a tu takie miłe zaskoczenie!
Ciekawi mnie również... skąd znasz mój język? Całkiem nieźle sobie z nim radzisz jak na kogoś, kto ewidentnie pochodzi z innej krainy. Nigdy nie widziałem kogoś takiego jak ty. — nie mogłem się powstrzymać, musiałem go o to spytać! Po prostu musiałem. Nagle oderwałem się od kory i zacząłem się mozolnie przemieszczać to w jedną, to w drugą stronę, trochę go okrążając, wymijając i zerkając spod maski. Boże... jak to dobrze, że ją mam. Nie dość, że ukrywała moją brzydotę, to wraz z nią rozmaite emocje, a czułem już jak pieką mnie policzki, jak na niego gwałtownie reaguję... Tak, to by mnie natychmiast zdradziło, a tym sposobem niczego nie widział. Byłem zdenerwowany tym spotkaniem, ale... starałem się tego po sobie nie pokazywać, bo jeszcze przypadkiem dostrzeże jakąś moją słabość, a tego definitywnie nie chciałem. Zawsze kiedy byłem zakłopotany... kładłem dłoń na karku i po nim nerwowo wodziłem, dokładnie tak jak czyniłem to teraz. Nie mogłem ustać w miejscu i tak wędrowałem w pobliżu obcego mi osobnika, a jednocześnie nie będąc w stanie się do niego bardziej przybliżyć, jakby przy okazji coś mnie wciąż hamowało. — Jestem bardziej niż pewny, że przybyłeś tu w jakimś konkretnym celu... a jak już masz sobie przywłaszczać moją własność... chcę chociaż wiedzieć, do czego potrzebujesz tych kwiatów. — nie dam za wygraną, należę do nadzwyczaj upartych jednostek i zamierzałem to z niego wyciągnąć, tak łatwo nie odpuszczę. Musiałem to wiedzieć choćby nie wiem co!

W pewnym momencie znalazłem się całkiem blisko niego, choć w dalszym ciągu byłem oddalony o tych parę metrów... przynajmniej mogłem znacznie lepiej mu się przyjrzeć. Wtem nasze spojrzenia się ze sobą spotkały, a ja dostrzegłszy te intensywnie zielone tęczówki… dokumentnie w nich przepadłem i tak stanąłem jak wryty, nie mogąc oderwać od niego wzroku ani na sekundę. Zatkało mnie... Moje ciało zrobiło się bardziej wiotkie, serce przyspieszyło obrotów i z wrażenia przełknąłem głośniej ślinę.
Zdradzisz mi jak ci na imię pi..ęk... przybyszu…? — zadrżałem aż i się zająknąłem. Kurwa jego mać, omal nie palnąłem głupoty... całe szczęście zdążyłem ugryźć się w język na czas i w błyskawicznym tempie poprawiłem to słowo, które tak niemiłosiernie mi się cisnęło jak na niego tak patrzyłem, a którego... wolałem nie przytaczać na głos. Nie teraz… albo najlepiej nigdy. Przecież w ten sposób bym go od siebie z całkowitą pewnością odstraszył! Mam szczerą nadzieję, że się nie domyśli co chciałem mu powiedzieć... Spaliłem takiego buraka przez to, że gdyby nie ta kocia maska, miałbym przesrane... Co się ze mną do ciężkiej cholery wyprawiało...?

@Léonard Blanchar
wiek:24 lat/a
wzrost:174 cm
dzielnica:Bel Air
mów mi:Bianka
No, god please no.
Awatar użytkownika
Prawnik/Szef Mafii
Kancelaria Blanchar
Phoenix Moon
Gwałt, bondage, furry, pedofilia, molestowanie, kazirodztwo, odgrywanie zdrady, czy niszczenia związku, kariery, przesadna brutalność, gdy ktoś odgrywa Mary lub Gary Sue.
Postać to nie ja, pamiętaj o tym.
"Są rzeczy, które trzeba zrobić, i robi się je, ale nigdy o nich nie mówi. Nie próbuje się ich usprawiedliwić. Są nie do usprawiedliwienia. Po prostu się je robi. A potem o nich zapomina."
Z uwagą przyglądałem się osobie, która stała przede mną. Po głosie, mimo posiadanej na twarzy maski, byłem już niemal pewien, że mam styczność z młodzieńcem. Zwłaszcza że używał w swoich wypowiedziach męskich końcówek. Chociaż, nutka niepewności, gdzieś tam dała o sobie znać. Z wojskowego doświadczenia wiedziałem, że niektórzy przeciwnicy uczyli się naśladowania głosów innych, aby zmylić osobę, jaka stanęła im na drodze. Tutaj, mogło być podobnie, dlatego nadal miałem się na baczności Poza tym, dostrzegłem dopięty do paska miecz. A to, było dla mnie jasnym sygnałem, żeby nie spuszczać wzroku z rozmówcy.

-Uznajmy?-uniosłem jedną brew ku górze.
Za nic w świecie nie satysfakcjonowała mnie taka odpowiedź. Byłem centurionem i wymagałem prostych i konkretnych odpowiedzi. Ta do takich nie należała, więc moje podejrzenia nasilił się, a rozmówca stał się na powrót potencjalnym zagrożeniem.
-Jaką mam mieć pewność, że mówisz prawdę, skoro wcześniej zasugerowałeś bycie opiekunem tego miejsca?- gestem ręki wskazałem na otoczenie dookoła nas.-Może ktoś inny zajmował się tym ogrodem, a ty tylko jesteś kimś w rodzaju sługi?- moje zielone oczy bardzo uważnie obserwowały rozmówcę.-Ewentualnie, jesteś mordercą, który przywłaszczył sobie to miejsce…-mimowolnie moja dłoń zawędrowała na klindze gladiusa, zaciskając się na niej dość pewnie.
Nie miałem zamiaru mu odpowiadać. Wiązały mnie śluby złożone przed cesarzem, więc ten tutaj, nie dowie się tego, dlaczego tutaj przyszedłem i zrywałem być może jego kwiaty.

Zadawał strasznie dużo pytań, więc moje oczy intensywniej wpatrywały się w człowieka z maską na twarzy. Jedyne, co pozostało mi ocenić, co ewentualnie planował, jak się zachowywał i czy był zdenerwowany to jego tonacja wypowiedzi, gestykulacja, a także mowa ciała. Wszystko to starałem się zanotować, szybko przeanalizować i powoli układał mi się obraz osoby, która stała przede mną. To, czy dobrze oceniłem, to inna sprawa. Obym nie musiał się o tym zbyt szybko przekonać

Jak odsunął się od drzewa, dałem jedną nogę w tył. Piach uniósł się nieznacznie, z chwilą, kiedy przyjąłem postawę obronną. Śledziłem każdy jego, ruch z uwagą nie pozwalając mu na to, aby znalazł się za moimi plecami. Toteż obracałem się tak, aby cały czas mieć go na widoku. Nie spodobało mi się to, że zaczął krążyć wokół mnie i znowu drążyć temat, na który mówić nie zamierzałem. Mógł sobie jedynie pomarzyć o uzyskaniu odpowiedzi.

Średnio odpowiadało mi to, że był teraz naprawdę blisko mnie. Niemniej, dałem kilka kroków w tył, aby nieznacznie zwiększyć odległość, jaka nas dzieliła, ale na tyle, bym mógł sięgnąć go, ewentualnie mieczem. Byłem pewien, że celowo próbuje mnie zagadać, aby w odpowiednim momencie, jeśli bym tylko na moment wdał się niepotrzebnie w dyskusję, zaatakować. Nie ze mną te numery! Znałem takie sytuacje i nie pozwolę sobie na wzięcie mnie z zaskoczenia.
I kiedy tak obserwując go, podszedł do mnie jeszcze bliżej, ja zmrużyłem oczy. Co on takiego kombinował? Stał tak i wpatrywał się we mnie. Czyżby planował atak? A może jednak nie? Kiedy się odezwał, ja mocniej zacisnąłem uścisk na gladiusie.

Nie będę ukrywać, że to, co chciał powiedzieć, o ile dobrze zrozumiałem, miało być jakimś komplementem. Szybko jednak wybiłem się z rozmyślań, wracając do rzeczywistości. Wykorzystałem jego chwilową nieuwagę. Odgłos wyciąganego gladiusa, potem świst w powietrzu i trzask pękającego materiału, z jakiego wykonano maskę, której dwie równe połówki opadły pod jego nogi. Nie chciałem mu zrobić krzywdy, ale dowiedzieć się z kim mam do czynienia, a to, co zobaczyłem pod maską, sprawiło, że zwyczajnie oniemiałem. Nie dość, że przed oczami miałem cholernie przystojnego młodziana, to jeszcze rumienił się jak panienka! Byłem już więcej niż pewien, dlaczego tak się mną zainteresował! Wyglądało na to, że się mną zauroczył!

Nic nie robiłem, będąc gotowym, do wszystkich możliwych sytuacji czekałem na to, co stanie się dalej…chłopak ucieknie, czy mnie zaatakuje?

@Phoenix Moon
wiek:34 lat/a
wzrost:184 cm
dzielnica:Arts District
mów mi:Sarameda Hakte
Awatar użytkownika
Sportowiec & muzyk
To tu, to tam
Léonard Blanchar
Try me. :>
Life is tough, and things don't always work out well, but we should be brave and go on with our lives.
Czułem na sobie jego wzrok, jak z uwagą mi się przygląda, co aż wywoływało ciarki na moim ciele. Sam nie wiem czemu tak na niego reagowałem i czemu mnie tak zafascynował... Ciekawe co mu siedziało w głowie gdy tak na mnie patrzył...? Wątpię, by poczuł do mnie to samo co ja… po pierwsze jestem mężczyzną, a po drugie, na bank ktoś tak przystojny jak on kogoś ma. Właściwie nie mam bladego pojęcia jakim cudem mnie tak przez niego wzięło; to uczucie nie powinno w ogóle mieć prawa bytu! Z tego względu byłem kompletnie zdezorientowany tym, co we mnie uderzyło odkąd go tylko ujrzałem. Póki co sądząc po mimice... nie wyglądał na zbyt pozytywnie nastawionego. Jednak oczekiwałem, że dowiem się czegoś więcej, a najwyraźniej będzie to trudniejsze niż sądziłem. Westchnąłem ciężko pod nosem.

Wymagasz ode mnie, że powiem ci więcej, mimo że ty nie odpowiedziałeś… właściwie na żadne z moich pytań? Zapomnij. — odparłem z niezadowoleniem nie będąc usatysfakcjonowanym tym, co usłyszałem. Jak mógł mi z jakiegoś niejasnego powodu zawrócić w głowie... tak nie zamierzałem podawać mu wszystkiego jak na tacy. Nie będzie ułatwiania czegokolwiek, niech sobie nie myśli, iż jest taki hen do przodu!
Ponieważ jestem nim od niedawna i po prostu trochę ożywiłem i upiększyłem to miejsce... co w tym dziwnego? Te tereny należą wciąż do Królestwa Korei, w którym byłem dość istotną jednostką… — wyraźnie mu coś zasugerowałem, choć w dalszym ciągu nie miałem ochoty niczego rozwijać. Tak bardzo nie cierpię opowiadać o sobie ani tym bardziej się czymś przechwalać. Niech się cieszy, że mu cokolwiek zdradziłem. Poza tym byłem z nim absolutnie szczery. Taka była prawda, w końcu siedziałem tu jakiś ponad miesiąc nieustannie usiłując wykombinować, w jaki sposób uwolnić się od tej całej paranoi związanej z byciem władcą. A z tym zamkiem rzecz miała się tak, że od czasu do czasu ktoś z dworu tu przyjeżdżał i sprawdzał stan. Zdarzało się niekiedy, że przyjmowano tu jakichś gości na kilka dni, którym by nie pozwolono spędzić nocy w komnatach pałacu. Ot, cała filozofia. Jeśli chce wyciągnąć ze mnie więcej informacji, musi się bardziej postarać... — Haha... sługą, dobre sobie. — parsknąłem cynicznym śmiechem na te skandaliczne słowa. Poczułem się urażony, bo co jak co, ale daleko było mi do tak niskiej pozycji, nawet jeśli aktualnie przechodziłem przez bunt mając nasiloną chęć zerwania ze swoim arystokrackim życiem, z którym nie chciałem mieć już nic więcej wspólnego. — Och, jak łatwo przychodzi ci oceniać z góry, prawda? Na dokładkę twoje przypuszczenia przedstawiają mnie w bardzo złym świetle… I każda z twych teorii jest błędna. — dodałem jeszcze z jawnym skrzywieniem, którego z wiadomego powodu nie zauważy. Wywróciłem teatralnie oczami, kręcąc z politowaniem głową. Nie umknęło mej uwadze to, jak jego dłoń powędrowała w kierunku broni. Ewidentnie mi nie ufał i jak tak dalej pójdzie coś czuję, że lada moment mnie zaatakuje... Cóż, z początku w razie co będę się pewnie bronić, ale wówczas wszystko już zupełnie przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie poddam się bez walki jedynie dlatego, że duma i przyzwyczajenia mi na to nie pozwolą. Nigdy nie należałem też do tchórzy, więc najwyżej zginę z godnością. — Nie zrobiłbym czegoś takiego, sam tępię takie zachowanie... nie mordowałbym bezmyślnie ani tym bardziej niewinnych ludzi. — podkreśliłem, skwitowawszy swą wcześniejszą wypowiedź.

Cholera, jakże on mnie rozpraszał... im intensywniej się na mnie gapił, tym moje serce mocniej obijało się o żebra wprawiając mnie w większe ogłupienie. Smucił mnie ten jego podejrzliwy stosunek wobec mnie, przecież nie miałem złych zamiarów… Czułem również rozczarowanie, kiedy tak milczał i nic z tego nie wynikało.
Słuchaj, nienawidzę niesprawiedliwości. Zróbmy może tak: proponuję wymianę, w sensie... ty dasz mi odpowiedź na jedno moje pytanie, a ja ci dam na jedno twoje. Pasuje...? — przerwałem tą cholerną ciszę, która zdecydowanie na zbyt długo między nami zapadła. W moim głosie tliła się nutka nadziei, że przynajmniej na tę propozycję przystanie... Zdążył mnie dostatecznie zirytować, bym był w stanie lepiej panować nad tym co mówię i komplementy już tak ochoczo nie cisnęły mi się na język... Do tego robił kilka kroków w tył kiedy się zbliżałem. Nie spuszczał także tych przeszywających soczyście zielonych tęczówek z mojej sylwetki, jakby cały czas tkwił w przekonaniu, iż się na niego nagle rzucę. Ani trochę nie podobała mi się ta postawa obronna... to samo z tym silnym zaciskaniem dłoni na klindze. Nie zdziwi mnie, jeśli to on będzie pierwszym, który ruszy do ataku... aczkolwiek tego wolałbym uniknąć.

Prawdopodobnie za bardzo się na niego zapatrzyłem, albowiem uczynił coś, co wybiło mnie z pantałyku w trybie błyskawicznym... Nie zdążyłem nijak zareagować, a on nie dość, że użył miecza i świsnął mi nim tuż przed nosem... to roztrzaskał moją maskę! Jak mogłem być tak nieostrożny?! Zamrugałem kilkukrotnie powiekami, czując jak moje serce tym razem nawala tak szybko, że gdyby było to możliwe wyskoczyłoby mi z piersi... Modliłem się w duchu, że ze względu na panujący wokół nas półmrok nie udało mu się zbyt dobrze mi przyjrzeć, zwłaszcza tej ohydnej bliźnie, która rozciągała się od kawałka czoła, poprzez brew, powiekę, do połowy mojego prawego policzka aż do nosa. Kurwa, ja pierdolę… to teraz z pewnością go odstraszę! Naprawdę musiał to zrobić?! Od razu się schyliłem, żeby sięgnąć po przepołowiony przedmiot, z rozżaleniem przyglądając się pozostałościom kociej maski. Nie ma co, trafił w niezwykłe czuły, a zarazem drażliwy punkt...
Do reszty zwariowałeś?! — ryknąłem na całe gardło tak głośno, że aż sam siebie zaskoczyłem, ale nie ma mi się co dziwić... Przyzwyczaiłem się do zakrytej facjaty; sam nie lubiłem na nią patrzeć, a ten ot tak mnie obnaża i pozbawia czegoś dla mnie tak ważnego... Czułem potworny dyskomfort i tego bynajmniej nie ukrywałem. — Co ty narobiłeś do ciężkiej cholery?! — darłem się wniebogłosy dalej, nie mogąc nad sobą zapanować. Spanikowany, w desperacji przytknąłem jedną z połówek do prawej strony, usiłując na nowo zakryć to co brzydkie, szczególnie tą okropną sznytę. Moja twarz jeszcze bardziej się zaczerwieniła, a policzki nadęły. — Myślisz, że po co ukrywałem swoją twarz...? A ty mi tak po prostu zniszczyłeś maskę... Nie chcesz mnie oglądać... jestem szpetny… — nieco zszedłem z tonu, a mój głos był rozdygotany, przepełniony głębokim smutkiem. W międzyczasie wycofałem się kawałek do tyłu, chowając gdzieś między roślinami. Oparłem się plecami o jedno z drzew, a następnie osunąłem na ziemię, zasłaniając swoją paskudną mordę na tyle ile było to możliwe. Spuściłem głowę w dół, kątem oka zerkając w kierunku nieznajomego na wszelki wypadek. Czułem jak do moich oczu napływają łzy, jednakże... z całych sił je powstrzymywałem. Gdybym pozwolił im spłynąć... ten mężczyzna z pewnością by mnie wyśmiał, zresztą nie mogę mu pokazać żadnych słabości! Między innymi dlatego zostałem, nigdzie nie uciekłem. Jak już wspominałem... nie jestem pierdolonym mięczakiem. Mimo tego co się stało... nie chciałem za coś takiego wszczynać walki. Po co...? W każdym razie byłem zrozpaczony... i nie wiedziałem, co dalej począć. Sądząc po jego reakcji jak zobaczył moje prawdziwe oblicze... byłem niemalże w stu procentach przekonany, że to koniec, a on stąd odejdzie i mnie zostawi… To też było głupie, że tak strasznie przerażała mnie wizja odrzucenia przez niego... Ech, czego naiwny ja się spodziewałem...? Kurwa, jestem taki żałosny...

@Léonard Blanchar
wiek:24 lat/a
wzrost:174 cm
dzielnica:Bel Air
mów mi:Bianka
No, god please no.
Awatar użytkownika
Prawnik/Szef Mafii
Kancelaria Blanchar
Phoenix Moon
Gwałt, bondage, furry, pedofilia, molestowanie, kazirodztwo, odgrywanie zdrady, czy niszczenia związku, kariery, przesadna brutalność, gdy ktoś odgrywa Mary lub Gary Sue.
Postać to nie ja, pamiętaj o tym.
"Są rzeczy, które trzeba zrobić, i robi się je, ale nigdy o nich nie mówi. Nie próbuje się ich usprawiedliwić. Są nie do usprawiedliwienia. Po prostu się je robi. A potem o nich zapomina."
Wiedziałem, że ten chłopak czuje mój wzrok na sobie, zanim uszkodziłem mu maskę. I dobrze. Tak miało być. Ma wiedzieć, że go obserwuję i śledzę każdy jego krok. Tak nas nauczono i wychowano, że nierozwaga mogła kosztować życie. Coś o tym wiedziałem, aż za dobrze!

Musiałem przyznać, że gaduła była z niego okropna! Gadał i gadał i jeszcze raz gadał, ale zdążyłem wyłapać, że się denerwował. Po zniszczeniu maski wiedziałem i w sumie, z tego powodu, zdecydowałem się przyjąć jego propozycję. Ale o tym, miałem zamiar porozmawiać z nim nieco później, bo jego reakcja na utratę tego, co zasłaniał jego twarz była nader nietuzinkowa. Dlatego, do wszystkich jego pytań i wątpliwości zamierzałem odnieść się później, dużo później. Zwłaszcza w kwestii oceniania z góry. Jakby żył tak jak ja, trzeba było być bardzo ostrożnym próbować zakładać pewne rzeczy, ale niektóre były tylko ewentualnymi domysłami. To nie raz potrafiło uratować dupę. Jednak, nazwanie go sługą wynikało z tego, że tak zaczął opowiadać o tym miejscu i o tym co robił, że uznałem go za niego. No cóż, zdarzało się i tak.
Jego reakcja na utratę maski była prawdziwa – nie udawał. Naprawdę się tym przejął, toteż schowałem gladiusa na swoje miejsce. Mimo tego nie opuszczałem gardy.
-Nie lubię, kiedy nie widzę twarzy swojego rozmówcy. Nie widzę jego zamiarów.-oznajmiłem, mówiąc zgodnie z prawdą.

Z ludzkiej twarzy można było wiele wyczytać, bardzo wiele. Dlatego denerwowało mnie to, że ktoś ją zasłaniał, ale w jego przypadku, zaczynało mi się robić przykro, z powodu tego co zrobiłem. I to było jednym z powodów, dla których na przekór myślom chłopaka, o których pojęcia nie miałem, poszedłem za nim. Jakby nigdy nic, usiadłem przy tym samym drzewie, ale po przeciwnej stronie, aby dać mu nieco komfortu.

-Wiesz, tam skąd pochodzę, z Rzymu, blizny to symbol męstwa i bohaterstwa, jeśli zostały zdobyte podczas walki. Zaś te, pozyskane w niewoli albo służą do pokazania, ile się tam wytrwało, albo ilu przeciwników zabiło. Owszem, oznaczają niekiedy hańbę, ale uczymy się z nią żyć, aby pamiętać na przyszłość, by więcej takich błędów nie popełniać i że ta blizna, czegoś nas w życiu nauczyła.-wyjaśniłem, zamykając powieki, nadal będąc czujnym.
Nasłuchiwałem, co takiego robił.

Nie mówiłem już nic więcej, tylko otworzyłem powieki i uniosłem rękę przed siebie. Niebieski motyl zasiadł na mojej dłoni. Uśmiechnąłem się. Ciekawe, tutaj wszystko było inne, nawet motyle!

@Phoenix Moon
wiek:34 lat/a
wzrost:184 cm
dzielnica:Arts District
mów mi:Sarameda Hakte
Awatar użytkownika
Sportowiec & muzyk
To tu, to tam
Léonard Blanchar
Try me. :>
Life is tough, and things don't always work out well, but we should be brave and go on with our lives.
Sam się w sumie sobie dziwiłem, że tyle słów się ze mnie wylewało, ale jakoś... samo się działo. Niemniej i tak nie zamierzałem przytaczać najdrobniejszych szczegółów ot tak, skoro sam niewiele mówił. Sprawiedliwość być musiała! Jak mi nie odpowie na żadne z moich pytań może zapomnieć, że cokolwiek ze mnie wyciągnie. Tak łatwo ze mną nie ma! W dalszym ciągu nie wiedziałem czy chce przystać na moją propozycję, czy też nie, a to było kluczowe jeśli w ogóle miałem zdradzić swoje najgłębsze sekrety, których... trochę skrywałem. Z jakiejś niejasnej dla mnie przyczyny wyjątkowo miałem ochotę się komuś zwierzyć jak nigdy nikomu wcześniej, co w zasadzie mogło być poniekąd spowodowane tym moim zauroczeniem tymże tajemniczym mężczyzną. Jednak jak już mówiłem — coś za coś. W innym wypadku pomimo tych nowych dla mnie uczuć nic mu nie powiem. Owszem, byłem już zakochany na zabój w pewnej niewiaście, lecz rzecz w tym, że... to nie było takie silne i prawdziwe. Długo mi zajęło, by do mnie dotarło, że tak naprawdę byłem zaślepiony, nic ponadto...

Po tym jak nieznajomy rozwalił mi bezczelnie maskę, zupełnie straciłem nad sobą kontrolę i nie mogłem aż złapać tchu. Tak to przeżyłem! Gdyby nie pewne wydarzenia... zapewne wcale bym nie zasłaniał swojej facjaty i nie zareagowałbym na coś takiego tak drażliwie, ale niestety... Wiązało się z tym wiele przykrości, które nadal rozrywały moje serce na miliony drobnych kawałeczków. Ja po prostu wciąż się po tym wszystkim nie pozbierałem i nie wiem czy będę w stanie... rodzice mi jedynie dowalili w międzyczasie, dlatego myśl o samobójstwie zdawała się być aktualnie najlepszym rozwiązaniem na każdy mój problem i zadaną do tej pory kurewsko bolesną ranę. I to nie tak, że byłem słaby pod każdym względem… nawarstwiło się zbyt wiele, powoli zaczynało mnie wyniszczać od środka i dostatecznie przerosło, bym wylądował właśnie tutaj z takimi okropnymi myślami… Nigdy także nie płakałem, poza ewentualnym uronieniem kilku pojedynczych łez; należałem zawsze do nadzwyczaj twardych i mocarnych jednostek i nic nie było w stanie mnie właściwie złamać... do czasu. Nie dziwiła mnie już ani trochę decyzja mojego starszego brata, któremu wcześniej był przeznaczony tron, a teraz zaś mnie… ale to zdecydowanie nie była droga, którą chciałem kroczyć. Dosłownie wszystko we mnie krzyczało, a zniszczenie czegoś, co dawało mi jako taki azyl bynajmniej w niczym nie pomogło, wręcz pogorszyło sprawę...
A ja nie lubię pokazywać swojej twarzy komukolwiek… od pewnego incydentu. Rozumiem… ale gdybym miał złe zamiary, już dawno bym się na ciebie rzucił z mieczem, a tego nie zrobiłem. Sam widzisz jak jest... — odezwałem się, gdy w miarę ochłonąłem i byłem w stanie cokolwiek z siebie wydusić, co robiłem mocno ochrypniętym, zziajanym głosem.

Nie miałem bladego pojęcia, co uczyni dalej i ku mojemu zdziwieniu… podszedł do tego samego drzewa, o które się opierałem i przysiadł się po jego drugiej stronie. Zaskoczyło mnie to o tyle, iż byłem przekonany, że prędzej sobie stąd pójdzie i go odstraszę, a stało się coś wprost przeciwnego. Został. Ulżyło mi tak jakoś… Doceniłem również to, że usadowił się w taki sposób, by było mi komfortowo. Nieważne o czym opowiadał... mogłem go słuchać w nieskończoność, taki byłem nim oczarowany.
Rzym...? A gdzie się znajduje? Ogółem u mnie jest z tym podobnie. Nie odbierałem blizn jako hańby, to nie tak... wiem o tym wszystkim doskonale... Ot, w moim przypadku… ta jedna konkretna, którą ukrywałem pod tą maską przyniosła mi pecha, zniszczyła zasadniczo wszystko... — napomknąłem co nieco, by małymi kroczkami wyjaśnić mu, skąd się wzięła ta moja nadwrażliwość na punkcie odkrytej buźki, niemniej… chwilowo nie byłem w stanie tego rozwinąć bardziej. Oczekiwałem od niego czegoś i może wtedy... będzie to łatwiejsze. Kurczowo przytykałem kawałek połówki wymalowanego drewna do części z blizną, a moja ręka dość mocno drżała. Kątem oka widziałem plecy przystojniaka i mimowolnie zerkałem w jego stronę, oczywiście zdrową częścią. To było silniejsze ode mnie... — Zdradzisz mi w końcu swe imię czy nie...? Chciałbym wiedzieć jak mam się do ciebie zwracać... i jak będzie z tą moją propozycją? — zagaiłem po chwili z nadzieją, że tym razem będzie bardziej skory do rozmów i znowu nie zignoruje moich pytań, co niemożebnie mnie drażniło. Nie lubiłem czegoś takiego…. Na tym powinienem na razie skończyć, jednak coś mnie podkusiło… może to przez to, iż nie miałem już nic do stracenia...? — Wiem, jak głupio i żenująco to zabrzmi, ale odkąd tylko cię zobaczyłem w mym ogrodzie… zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia. Każdej nocy wyglądałem przez okno, by sprawdzić czy będziesz… byłeś. Aczkolwiek nie miałem odwagi, by wyjść ci naprzeciw. Dopiero dziś się przełamałem… — wyszeptałem niemal niedosłyszalnie, choć raczej tamten to usłyszy, zwłaszcza że znajdywał się tak blisko mnie. Nie wiem co mi strzeliło do tego łba, by mu się do tego przyznać, jednakże nie umiałem tego w sobie dłużej tłumić... Strasznie bałem się, że mnie zwyczajnie wyśmieje... — To nie powinno mieć prawa bytu z wielu powodów… po pierwsze, sądząc po zrywanych różach, zapewne kogoś masz i kochasz. Jak mniemam to dla twojej miłości są te kwiaty…. bo dla kogóż innego? Jeśli się mylę, popraw mnie. — takie były moje przypuszczenia o tyle, iż zdawało się to być logiczne i sensowne. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Ciężko westchnąłem, zaciskając palce na przepołowionym przedmiocie. — Po drugie... jestem przeklęty. Nie chcesz poznawać mego ojca... to najokrutniejszy człowiek na świecie... a po trzecie prędzej byś mnie zaciukał… zresztą… wszystko mi jedno. Jeślibym zginął z twojej ręki, byłaby to piękna śmierć. Lepsza niż ta, która może mnie niedługo czekać... — skwitowałem, odrobinkę więcej mu zdradzając, mimo że to był w dalszym ciągu ogólnik. Na tym póki co zakończyłem, czując jak na nowo oddech mi przyspiesza, a moje serce nawalało tak głośno, że to także mogło dotrzeć do jego uszu. Nie wspominając o tym, że strzeliłem takiego buraka, że z początku sam się o tym nie zorientowałem, a miałem o tym domysły ze względu na to, jak cholernie piekły mnie policzki...

@Léonard Blanchar
wiek:24 lat/a
wzrost:174 cm
dzielnica:Bel Air
mów mi:Bianka
No, god please no.
Awatar użytkownika
Prawnik/Szef Mafii
Kancelaria Blanchar
Phoenix Moon
Gwałt, bondage, furry, pedofilia, molestowanie, kazirodztwo, odgrywanie zdrady, czy niszczenia związku, kariery, przesadna brutalność, gdy ktoś odgrywa Mary lub Gary Sue.
Postać to nie ja, pamiętaj o tym.
"Są rzeczy, które trzeba zrobić, i robi się je, ale nigdy o nich nie mówi. Nie próbuje się ich usprawiedliwić. Są nie do usprawiedliwienia. Po prostu się je robi. A potem o nich zapomina."
Background Music
Czułem jego ból. To bolące i cierpiące serce, które, aż wołało o pomoc. Teraz już rozumiem, czemu tutaj miałem przybyć.
-”To Twoja sprawka, prawda?”- spojrzałem w górę, na przebijające się przez poruszane wiatrem liście.-”Mam dalej pokutować za romans z ludzką kobietą, prawda?”-westchnąłem cicho rozmawiając telepatycznie, z Tym na górze, który był moim, naszym opiekunem.-”Bo złamałem Święte Prawo, jako Anioł Śmierci, prawda?”-zamknąłem powieki, aby lepiej skupić się na prowadzonej przeze mnie rozmowie.-”Odebrałeś mi połowę mocy, abym zrozumiał czemu pewne rzeczy stać się muszą i dlaczego taka jest nasza rola, a nie inna? Nasza Aniołów i Demonów śmierci, zwanych też, niekiedy Shinigami. Wysłannikami samej Śmierci, jej strażnikami, tymi, którzy pomagają jej zachować porządek świata, a przy okazji, zrozumieć jaki ten świat jest piękny? Odebrałeś mi żonę i córkę zsyłając na nich chorobę. Zmusiłeś mnie, do tego, przed czym wcześniej uciekłem. Oj, solidna to była nauczka i bardzo bolesna. Pchnąłeś mnie w ramiona śmierci, zabierając połowę mocy, której zawsze używałem, na której polegałem i przekonałem się, że nie wolno tak robić, że nie jestem godzien nosić tytuł Anioła Śmierci, a ty…dałeś mi jeszcze jedną szansę, znaczy pozwoliłeś dalej się uczyć, ale już bez pełni mocy…jest ciężko, bardzo, bo znowu mnie testujesz, kolejny raz, ale skoro tak ma być…dobrze…niech tak będzie…-westchnąłem, wiedząc, że jemu się nie odmawia, że zwłaszcza, że popełniłem niewybaczalny błąd, za który teraz pokutowałem.

Zostałem wrzucony w świat, którego nie znałem. Dostałem życie jako Rzymianin i tak miałem żyć, tak jak musiałem żyć i wcześniej, jako człowiek pochodzący z Egiptu, czy innych krajów, spędzając ostatnie dni z różnymi istotami. Tutaj, nie było inaczej. Historia znowu się powtarzała, ale tym razem poza opieką nad umierającym dzieckiem podsunąłeś mi jego…tego chłopaka, który zakochał się we mnie i wiem czemu…Emanowaliśmy dziwną aurą, która sprawiała, że ziemskie istoty potrafiły się w nas zakochać, czy zauroczyć. Zastanawiałem się, czy pani Afrodyta mieszała w tym palce, bo czułem, że tak. Pamiętam, jaka była zła na Najjaśniejszego, że musiało się stać, to co się stało, ale czy on miał aż taką władzę nad losem, czy po prostu wiedział więcej, bo był u Norn? Lepiej było czasami nie wnikać, w to co działo się na górze, tylko robić swoją robotę.

-W życiu bywa różnie, a pozory często mylą i mogą doprowadzić do naszej zguby, więc mi się nie dziw.-powiedziałem spokojnym tonem, nadal patrząc na kołyszące się na wietrze liście, pomiędzy którymi przemykały promienie Słońca.
-Nie rozumiem, czemu nie chcesz pokazywać swojej twarzy, skoro jest piękna, na swój nietuzinkowy sposób.-zerknąłem ukradkiem na chłopaka, który siedział po drugiej stronie drzewa, jak tylko skończył mówić, a ja mogłem się odnieść do każdego wypowiadanego przez niego słowa.
Ach, gdybym tylko miał pełni swoich mocy, mógłbym odczytać, co stało się dokładnie z jego sercem i co było powodem tejże blizny, ale niestety, musiałem sobie radzić w ten ludzki sposób.
-Daleko, bardzo daleko.-powiedziałem, bo w sumie, Rzym nie do końca był moim domem.
Ten prawdziwy był zupełnie gdzie indziej. Daleko, poza granicami tego świata, w którym teraz tkwiłem…I ach, aż zatęskniłem za domem, więc jedna łza spłynęła po moim policzku.

Pozwoliłem jej spłynąć i opaść na dół, a potem zerknąłem ukradkiem w stronę chłopaka, który to, jak zauważyłem sam robił dokładnie to samo. Poza tym, udało mi się go przyłapać i dostrzec ten piękny rumiany kolor na jego licu.

Nie odpowiedziałem mu od razu, bo chciałem mu to pokazać. To kim byłem. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, czy znowu nie łamałem Boskiego Prawa, ale coś wewnętrznie podpowiadało mi, że mogę to zrobić, a nawet muszę.
Wstałem więc z ziemi. Westchnąłem. Dawno tego nie robiłem, nie pokazywałem tego, kim naprawdę jestem, że omal zapomniałem, jak się wraca do anielskiej postaci. Ruszyłem w jego stronę, aby przejść obok drzewa i wtedy, moje ubranie zaczęło się zmieniać. Od butów zaczynając, na głowie kończąc. Miałem na sobie czarne eleganckie buty na lekkim, płaskim obcasie, czarne spodnie ze złotymi zdobieniami, podobnie jak górną część odzienia - koszulę z kołnierzem o złotych obszyciach na jego końcach oraz, takich samych na zakończeniach rękawów. Czarna szarfa, o również złotych zdobieniach zdobiła mój pas. Była tak związana, że jedna jej część zakrywała połowę mojej lewej nogi. Do tego mała klepsydra odmierzająca czas mojej kary za złamanie Boskiego Prawa idealnie kontrastowała ze złotymi łańcuchami. Takie miałem również w okolicach prawej strony klatki piersiowej oraz na, teraz dobrze widocznych ogranicznikach mocy na moich nadgarstkach - te przypominały szerokie, złote kajdany, mające runiczne symbole. W uszach, również dało się dostrzec ograniczniki mocy pod postacią kolczyków. Magia sprawiała, że te, w ludzkiej postaci nie były widoczne, podobnie jak moje piękne, czarne skrzydła, które teraz były w pełni widoczne, a i można było ich dotknąć.

Stanąłem przed chłopakiem, patrząc na niego z góry, spojrzeniem, które z pewnością nie nazwałby ludzkim. Piękne, ciemne spojrzenie, nienaturalne, ale przepełnione smutkiem. Kucnąłem naprzeciwko niego, zaglądając mu prosto w oczy. Tym razem, nie mogłem, nie miałem jak użyć swojej mocy, aby wyleczyć jego serce, aby w nie zajrzeć, dlatego położyłem mu dłoń na głowie i delikatnie pogłaskałem. Zdawał się taki kruchy, taki delikatny, siedząc tak pod tym drzewem, a ja coraz bardziej zrozumiałem swój błąd, jaki popełniłem tyle lat wstecz.
-Miłość nie jest żenującym uczuciem, chłopcze. To piękna rzecz, która sprawia, że tracimy rozum, że nie jesteśmy sobą, dlatego jest tak niebezpieczna i jednocześnie piękna.-nie przestawałem głaskać go po głowie, starając się najpierw skupić na tym, co powiedział później, po próbie dowiedzenia się, jak mnie zwą.
To musiało poczekać, bo teraz, trzeba było nieco rozjaśnić to przygaszone serce zranionego człowieka.
-Wiem, że mnie obserwowałeś, ale nie wiedziałem skąd.-i znowu, ze swoją pełni mocy, bez problemu bym go odkrył, a tak musiałem polegać na intuicji, ale coraz bardziej mi się to podobało i już tak nie gniewałem się za zablokowanie mojej mocy, bo uczyłem się czegoś nowego.
Zwłaszcza ogłady wobec tego, co zostało mi podarowane.
-Schlebia mi to.-uśmiechnąłem się do chłopaka, nie przestając głaskania tych ciemnych włosów.
Drugą dłonią ująłem, delikatnie kawałek maski, którym zakrywał ozdobioną blizną część twarzy.
-To jest bardzo miłe, co mówisz, że mnie kochasz, ale…-urwałem na moment.-...ale aniołom nie wolno kochać ludzi, tak samo jak ludziom nie wolno kochać aniołów, bo będą tylko cierpieć…-mógł wyczuć ból płynący z moich ust, te nuty, które aż uderzały o serce, zwłaszcza moje, bo wiedziałem, co miałem na myśli.-A to, jest kara, za miłość anioła do człowieka.-pokazałem swoje ograniczniki mocy.-Więc musisz mi wybaczyć, bo nie mogę odwzajemnić twojego uczucia, nawet jeśli bym bardzo chciał.-wstałem z klęczek, wyjaśniając mu całą sytuację.-Kwiaty są dla kogoś, kto niebawem odejdzie z tego świata, a moim zadaniem jest dopilnowanie tego, aby każde jej życzenie zostało spełnione.-wyjaśniłem, o co chodziło z tymi kwiatami, ale też nie zdradzając zbyt dużo.
Tylko tyle ile powinien ten człowiek wiedzieć.
-Żadna ludzka istota nie może być przeklęta, chyba, że zostanie na nią rzucona klątwa lub urok, a od ciebie takiej energii nie czuję.- tyle dobrego, że nadal mogłem takie rzeczy wyczuwać.-Po prostu, miałeś pecha, bo los nie wyłożył dla ciebie najlepszych kart, to wszystko. Ale pamiętaj, życie jest jak koło fortuny, raz jest lepiej raz gorzej i jak było źle, nawet bardzo tak będzie już tylko dobrze.-zapewniłem, bo tak w istocie bywało.-Owszem, jest duża szansa, że to właśnie ja przyjdę odebrać twojej życie.-podniosłem lewą ręką, aby mały, kolorowy ptaszek usiadł na moim palcu wskazującym.-Witaj, mój drogi, skrzydlaty przyjacielu.-uśmiechnąłem się do stworzenia, kierując w jego stronę słowa o czułej i delikatnej tonacji.-Pożyjesz jeszcze długo.-oznajmiłem, bo i to też nie zostało mi odebrane,
Możliwość wyczucia, kiedy kto umrze była bardzo przydatna. Tylko, chłopak nie musiał mi wierzyć prawda? Jak również w to, że właśnie rozmawiał z Aniołem Śmierci, któremu ograniczono moce za złamanie Boskiego Prawa…
-Zawsze mnie ciekawiło, jak to jest, że wy ludzie tak szybko potraficie się zakochać, zwłaszcza po tym, gdy wasze serca tak bardzo cierpią.-poruszyłem dłonią, a ptaszek odleciał.
Spojrzałem na siedzącego chłopaka.
-Léonard…-powiedziałem swoje ziemskie imię.-...zwą mnie Léonard.-przyglądałem mu się z uwagą.
Dlaczego, znowu ludzka istota musiała się we mnie zakochać? Dlaczego? Przecież nie mogłem powtórzyć tego samego błędu co wcześniej, bo wtedy…wolałem nie myśleć, co się wtedy mogło by ze mną stać…

-Znalazłem cię, ty cholerny pierzaku z połową mocy.-ktoś, kto nas uważnie obserwował z daleka, uśmiechnął się pod nosem, chowając za pobliskie drzewo.
Oparł się o roślinę plecami, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
-Tym razem nie staniesz mi na drodze…-osoba spojrzała przed siebie, a w jej niebieskich oczach zatańczyły błyskawice, które ze złośliwym uśmiechem sprawiały, że tajemnicza osoba zdawała się wyjęta niczym z koszmarów.

Nad okolicą, w jakiej się znaleźliśmy zaczęły zbierać się nienaturalnie czarne chmury…

@Phoenix Moon
wiek:34 lat/a
wzrost:184 cm
dzielnica:Arts District
mów mi:Sarameda Hakte
Awatar użytkownika
Sportowiec & muzyk
To tu, to tam
Léonard Blanchar
Try me. :>
Life is tough, and things don't always work out well, but we should be brave and go on with our lives.
Background Music
Jakbym tego już nie wiedział, co mi właśnie powiedział... Jednak starałem się jak mogłem udowodnić mu, że naprawdę nie mam wobec niego złych zamiarów. Cholera, ja straciłem dla niego głowę tak prędko! I sam tego kompletnie nie rozumiałem... zważywszy na to, jak bardzo moje serce cierpiało, było zdeptane i zniszczone przez tych, którym myślałem, że mogę ufać, na których mi tak cholernie zależało... a oni mnie tak zranili i zawiedli… Myślałem, że już nigdy się nie zakocham, a już na pewno nie tak szybko, zresztą... zostało mi tak mało czasu, że zasadniczo w to wątpiłem. A tu bum, zjawił się ON...
Musisz zrozumieć i mnie... może niedługo ci więcej zdradzę i lepiej ci to rozjaśni, dlaczego ukrywałem swą twarz pod maską... Piękna… była, zanim oszpecono mnie tą sznytą… — ciężko westchnąłem, znacznie mocniej zaciskając palce na połówce połamanego przedmiotu. Miałem swoje powody, czemu moje podejście prezentowało się tak a nie inaczej. Jednocześnie... mimo wszystko dopadały mnie potężne opory przed opowiedzeniem mu historii swego życia. Nie było to dla mnie takie proste... — Aż tak...? Jakim cudem tu w ogóle trafiłeś? To bardzo interesujące... — zagaiłem, zanim postanowiłem przejść koniec końców do wyrzucenia z siebie, co we mnie w istocie siedziało. A co dziwniejsze z każdą chwilą spędzoną blisko niego ochota na to wzrastała, choć kompletnie nie pojmowałem, dlaczego tak się działo... Nigdy wcześniej nie widziałem kogoś takiego jak on, do tego ta piękna zbroja! Zdążyłem się nachodzić, najeździć konno w różne części lądu, lecz nigdy nie trafiłem na nikogo, kto by tak wyglądał…. Ani też nic nie wiem o tym całym Rzymie. Jak wielki musi być ten świat w takim razie…?
Przez uczucia, które mną szastały, przez to jak przystojny i atrakcyjny się dla mnie ów mężczyzna wydawał, nie kontrolowałem swojego wzroku i ukradkiem cały czas na niego zerkałem... W pewnym momencie spostrzegłem, iż on także mi się przygląda! Rumieniec zdobiący mą facjatę jedynie się uwydatnił, czułem dosłownie jak mocno pieką mnie policzki...


Wtem dostrzegłem ruch... nie przestawałem bacznie go obserwować, właściwie zdziwiłem się, że nagle wstał… To było coś niesamowitego co się właśnie działo! Mój mózg przestał cokolwiek rejestrować, a ja patrzyłem się tępo przed siebie z rozdziawioną buzią. A może ja po prostu... śniłem? To co się wyprawiało w tym momencie było nie do pomyślenia… Nie wierzyłem w istnienie bogów ani nic z tych rzeczy, brzmiało to dla mnie dość surrealistycznie, ale może to dlatego, że byłem wychowany w środowisku, w którym praktykowany był ateizm... Byłem zwyczajnie przekonany, że tak zwany świat nadprzyrodzony nie istnieje, a to wszystko jakieś bujdy… Z tego względu zacząłem wręcz odnosić wrażenie, że to musi być marzenie senne, bo cóżby innego...? To jak nagle wszystko to, co miał ten cudowny mężczyzna na sobie zmieniało się w złoto…. I do tego te kajdany! Miałem coraz większe zdziwienie wymalowane na mej buźce, nic nie kumałem z tego, czego byłem właśnie świadkiem! Czy on… ma również skrzydła?! Co do kurwy…? Doznałem tak potężnego szoku, tak mnie zamurowało, że dosłownie przez kilka kolejnych minut nie byłem w stanie się ruszyć, tkwiąc w jednej i tej samej pozycji.
Tego nie powiedziałem… chodziło mi bardziej o to, że to absurdalne, by tak bardzo przepaść od samego spojrzenia… zwłaszcza że przecież nawet cię nie znam, zupełnie nic o tobie nie wiem… — przyznałem szczerze, wciąż nie mogąc oderwać od niego wzroku, a skoro ten patrzył mi prosto w oczy, nie było opcji, bym miał nim gdzieś od niego uciec... A jego dotyk gdy tak gładził mnie po włosach był taki uspokajający, taki kojący… Nie zorientowałem się przez to, jak moja ręka przytrzymująca kawałek pomalowanego drewna powoli opada w dół... — Jak to...? Doskonale się ukrywałem, zachowywałem bezszelestnie… to niemożliwe... — byłem coraz bardziej skonsternowany, bo jakim cudem on tego dokonał…? Nikt normalnie by się nie skapnął, że go obserwuję z zamku…. Dopiero jak zabrał mi całkiem z dłoni pozostałości maski, na nowo wpadłem w lekką panikę i z początku chciałem mu ją zabrać z powrotem, ale byłem tak cholernie wybity z pantałyku, tak mnie wryło w glebę, że ani drgnąłem... Jego kolejne słowa w niczym mi jednak nie pomogły, a dobiły tylko mocniej… Czułem napływające łzy, nie chciałem po raz kolejny płakać, ale to było silniejsze ode mnie...
Jaki zatem sens ma miłość, skoro nie można być z tym, kogo wybrało serce...? Anioły nie istnieją… nie mogą… co ty właściwie do mnie mówisz... co to za czary?! Ale zakładając, że się mylę i faktycznie istnieją… weź mi nie pierdol takich rzeczy. Mam dość słuchania o pieprzonych zakazach i nakazach... ile można? Wszędzie tylko jedno i to samo... rzygam już słuchaniem, że coś jest zabronione! — motałem się w swych słowach przez emocje, jakie we mnie ta cała niespotykana sytuacja wywołała, niemniej starałem się mu przekazać swoje myśli, to co mnie jednocześnie męczyło i wkurwiało od dawien dawna... Lecz żeby mógł lepiej mnie zrozumieć, musiałem go przenieść do swoich wspomnień z przeszłości, w innym wypadku nie dowie się, co w mej duszy siedzi i dlaczego się tak bardzo zbuntowałem przeciw istniejącemu systemowi... który absolutnie mi się nie podobał. Czułem potrzebę bycia wolnym, a nie notorycznie ograniczanym... — Nie mogę, nie mogę…. Yhym… oczywiście... — te słowa zabolały jak skurwysyn, przez co włączył mi się tak zwany tryb przedrzeźniania. Taki był mój mechanizm obronny... Nie wiem co we mnie wstąpiło, lecz cały się spiąłem i czułem taki napływ olbrzymiej złości, że aż wstałem i stanąłem naprzeciwko niego. Zebrałem się wreszcie do tego, aby mu o wszystkim opowiedzieć, jednak zanim to zrobiłem postanowiłem jeszcze nawiązać do reszty jego wypowiedzi.
Możesz mi pokazać w jak poważnym stanie jest...? Może będę mógł pomóc chociaż dać tej osobie możliwość przeżycia nieco dłużej… Zajmuję się lecznictwem, hoduję takie specjalne rośliny. Jedyne co muszę wiedzieć, to stan w jakim się znajduje. O ile rzecz jasna mi pozwolisz na zbadanie jej... — poruszyłem odnośnie tej przytoczonej przez niego jednostki, dla której jak się okazało zrywał te kwiatki i ku mojemu kolejnemu zaskoczeniu to nie chodziło o jego drugą połówkę jak wcześniej założyłem.
Poważnie? To czemu się czuję tak, jakbym właśnie był przeklęty? Nie będzie dobrze… nic już nie może być dobrze… Zaraz ci wszystko wyjaśnię... — wziąłem kilka głębszych oddechów, cały czas utrzymując z nim kontakt wzrokowy, a moje dłonie jedynie zacisnęły się mocniej w pięści.


Nie wierzyłem już w to, że się cokolwiek ułoży, mój los był przesądzony… a przynajmniej z takiego założenia wychodziłem. — A co, jesteś jakimś władcą życia i śmierci, że wiesz takie rzeczy? Mylisz się... został mi niecały miesiąc życia, jestem tego pewien... — to akurat wyszeptałem z takim zrezygnowanym westchnięciem, co mogło zabrzmieć chwilowo tajemniczo, ale byłem coraz bliżej wyjawienia mu całej prawdy o sobie i czemu byłem tak pesymistycznie do tego wszystkiego nastawiony... Kątem oka dostrzegłem jak jakiś mały, uroczy ptaszek siada mu na palcu, choć nieszczególnie zwróciłem na to uwagę... Miałem teraz coś ważniejszego do zrobienia. — Szczerze? Sam tego nie ogarniam… Léonardzie. Możesz się do mnie zwracać Phoenix. Nienawidzę swojego prawdziwego imienia… a to mi jakoś przyszło na myśl. Słyszałem, że te istoty odradzają się z popiołów… i choć wątpię w to, że gdzieś istnieją, to do mnie tak pasuje. Jeśli jak mówiłem zginąłbym z twojej ręki, byłaby to dla mnie śmierć idealna. Przynajmniej nie czułbym się zhańbiony, poczułbym wolność, której tak bardzo pragnę... — to mówiąc z niejasnej dla mnie przyczyny ująłem jedną z jego dużych dłoni w swoją z deka drobniejszą, natomiast tą drugą przytknąłem mu do policzka, delikatnie gładząc nią jego skórę. Musiałem to zrobić... — Te skrzydła… są prawdziwe? Mogę ich też dotknąć…? — spytałem niepewnie, bo o ile na ten gest się odważyłem, tak czułem nutkę zawahania jeśli chodziło o te wielkie pierzaste skrzydła, które tak nagle wyrosły mu niedawno z pleców…. Nadal ciężko było mi uwierzyć, że to ma miejsce i być może rzeczywiście śniłem, ale… Léoś był taki piękny! Im dłużej przy nim tak stałem, tym moje uczucia wobec niego nabierały na sile, a zarazem czułem moje rozpadające się na mniejsze kawałki serce, gdyż jak to zwykle bywa był na tak zwane wyciągnięcie ręki, a w tym samym czasie podobno nie mogłem go mieć...


A teraz wysłuchaj mnie bardzo uważnie... nie wiem czy mogę ci ufać, ale nie mam już kompletnie nic do stracenia... — dodałem tak na koniec, nie odsuwając obu dłoni a jedynie silniej je zaciskając tam, gdzie je umiejscowiłem. Przytknąłem swe czoło do jego czoła czując jak mi to poranione serce coraz mocniej nawala...
Mój ojciec Yuri jest potworem i tyranem, którego każdy, dosłownie każdy się boi. Wystarczy drobne przewinienie, nie wspominając o zdradzie… i wtedy to koniec, ucina ci głowę w obecności całego królestwa, a ty czujesz się poniżony, znienawidzony... Związki homoseksualne są dla niego jak choroba…. Jeśli kogoś tylko nakrył, również natychmiast skazywał na śmierć. Jeśli ktoś próbował uciec, a było kilku takich śmiałków…. i tak w jakiś sposób ich znajdywał, za każdym razem. Mam to nieszczęście być jego synem i następcą tronu, którego... nie chcę. Lecz niejednokrotnie dawał mi do zrozumienia, że nie ma już odwrotu i muszę wykonać swój obowiązek, w innym wypadku też podzielę losy tych, których zabił... Wydaje mi się, że traktował mnie odrobinę lepiej ze względu na moje wyjątkowe umiejętności… Mianowicie nie dość, że jestem najlepszym wojownikiem w całej Korei, to na dokładkę gdy ktoś mnie zranił, nie pozostawało po ranie ani śladu…. Oczywiście kilka razy mu się postawiłem, chcąc chociaż spróbować na niego jakoś wpłynąć, poprosić, by wprowadził parę zmian w te wszystkie zasady, skoro już mam być tym władcą, bo jak na moje są zbyt brutalne i niesprawiedliwe w większości przypadków… a on nie chciał tego kompletnie słuchać. Uciszał mnie i groził, że jeśli jeszcze raz się zbuntuję, nie będzie miał dla mnie litości, mimo że jestem jego synem… Musiałem więc to jakoś znosić, choć czułem się tam jak w pieprzonej klatce… — tu urwałem na chwilę, by przełknąć ślinę i zrobić sobie krótką przerwę w mówieniu. Kiedy tak się uzewnętrzniałem, trwałem w tej samej pozycji, nie zamierzając jej zmieniać… może i powiedziałem mu, że nie wiem, czy mu ufam, a z jakiegoś powodu... czułem się przy nim tak dobrze i bezpiecznie, a im więcej słów padało z mych ust, tym ta moja niepewność coraz bardziej wyparowywała... i to było po mnie widać. Przymknąłem powieki, głęboko wzdychając, gdyż przechodziłem do cięższej dla mnie części… — Mój ojciec wraz z matką nie akceptowali moich zainteresowań, narzucili mi wszystko, dlatego musiałem robić wiele rzeczy w sekrecie… Tak jak właśnie zajmowanie się lecznictwem, pomocą innym, muzyką, a to interesuje mnie bardziej niż ta cholerna władza… Jednakże wolałem mu zwyczajnie nie podpaść i choć nie akceptowałem niczego żyjąc w ciągłym zaprzeczeniu… byłem silny i twardy, jakoś dawałem radę. Do czasu. Mimo że rodzice również wybrali dla mnie partnerkę… pokochałem ją. Była taka doskonała, zdawała się być ciepła i kochana… Wyglądało na to, że uczucie między nami rosło z każdym dniem. A to była jedynie iluzja… Dlaczego? Około ponad dwóch miesięcy temu ojciec wysłał mnie i innych swoich najlepszych wojowników na pewne trudniejsze zadanie — mieliśmy prawdziwie opornego przeciwnika, a on jak to on chciał pozbyć się „problemu”. Byłem przekonany, że przydzieli mi jak zwykle mojego najlepszego przyjaciela, który zawsze mi wszędzie towarzyszył, ale ten finalnie został w królestwie. Nie wnikałem w ów decyzję, wolałem nie... Wyruszyliśmy. Kiedy nadszedł odpowiedni moment zaatakowaliśmy, nie było wcale tak gładko jak zawsze, ale i tak ostatecznie to my wygraliśmy… Poza jednym drobnym szczegółem. Ich szef miał jakąś złotą broń, której końcówką przejechał podczas walki wzdłuż mojego oka i wtedy myślałem, że potem i tak w „magiczny” sposób moja skóra się zasklepi… a rana nawet po tym jak go pokonałem nie znikała, czułem wyjątkowo jak mnie piekła… By coś sprawdzić, dotknąłem opuszkiem palca ostrza i z powstałej rany kapała mi krew... Nie wiem, z czego był ten miecz zrobiony, aczkolwiek wyraźnie mi zagrażał, więc zakopałem go pod jakimś drzewem. Liczyłem na to, że może tym razem potrzebowałem więcej czasu na regenerację, a szrama z mojej twarzy i tak zniknie, tylko później. Albo nawet jak nie... nikt nie zwróci na to uwagi, w końcu każdy kto walczył posiadał jakieś blizny poza mną. Mimo wszystko... było to dla mnie nowe, dziwne uczucie. Machnąłem na to ręką i wróciłem wraz z resztą do królestwa, czując się dodatkowo jakiś nienaturalnie bardziej wymęczony. Jedyne na co miałem ochotę to przytulić się do mojej ukochanej, która na mnie czekała i zatonąć w jej ramionach... — ciągnąłem dalej, a mój głos zaczynał drżeć, smutnieć przy części z moją byłą… Wtem pojawił mi się przed oczami obraz tego jakże bolesnego dla mnie wspomnienia…


Cieszyłem się, że ją zobaczę, o niczym innym nie marzyłem! Pierw standardowo złożyłem raport swemu ojcu, skoro to ja byłem głównym dowodzącym i mogłem w końcu udać się na spoczynek do swojej komnaty, którą dzieliłem ze swą ukochaną. Byłem już coraz bliżej. Coraz więcej sił mi ulatywało, lecz wiedziałem, że jak znajdę się blisko niej, energia do mnie wróci, uspokoję się i poczuję lepiej w trybie błyskawicznym. Po otwarciu drzwi uświadczyłem piękny obrazek: ona siedząca na naszym łożu, czesząca swoje długie czarne włosy szczotką.
Wróciłem kochanie! Jestem taki padnięty jak nigdy…. Chodź tu do mnie, potrzebuję twojej bliskości... — oznajmiłem dość słabo, ledwo trzymając się już na nogach i wtedy odwróciła się do mnie, początkowo z tą samą radością co zwykle i widząc mnie zeskoczyła z miękkiego materaca i rzuciła mi się na szyję, a następnie wtuliła we mnie… tak, tego właśnie mi było trzeba! — Nareszcie... tak bardzo za tobą tęskniłam! Myślałam, że zwariuję... cieszę się, że już jesteś. — wyszeptała mi te słowa do ucha i niewiele myśląc chwyciła mnie za obie dłonie i pociągnęła na poprzednie miejsce, które do niedawna okupowała. Osunąłem się w jej ramiona, wdychając jej zapach, wodząc nosem o jej szyję i w takiej pozycji chwilę potrwałem. Kiedy jednak postanowiła ująć moją twarz, by mnie pocałować… stało się coś, czego bym się za żadne skarby nie spodziewał. Zbladła, przytykając sobie palce do ust i z jakiegoś niejasnego dla mnie wówczas powodu, odsunęła się ode mnie niczym poparzona, z początku nie mogąc z siebie wydać ani słowa.
Stało się coś...? — wydukałem jedynie, patrząc na nią z wielkim osłupieniem, zupełnie nie rozumiejąc jej reakcji. — Masz coś… na oku. Wygląda okropnie... nie mogę na to patrzeć… wybacz mi Haemyeong... — odwracała się ode mnie i zdawała się odsuwać coraz bardziej, nie chcąc mnie do siebie dopuścić… Cholera, przecież to tylko głupie draśnięcie, o co jej chodziło?! Na to pytanie miałem nigdy nie otrzymać odpowiedzi... Próbowałem do niej jakoś dotrzeć, acz bezskutecznie... — Ale… to ja twój ukochany, nic poza tą jedną drobnostką się nie zmieniło... jestem tą samą osobą, którą pokochałaś... proszę, nie odtrącaj mnie… nie teraz… — błagałem, czując jak łzy napływają do mych oczu, lecz je mimo wszystko skutecznie tłumiłem, poza moim łamiącym się głosem, który brzmiał coraz słabiej i bardziej ochryple... a ona położyła się na łóżku, odkręcając się dupą do mnie i milczała… ta cisza była coraz bardziej nieznośna, a ja czułem, jakby mi ktoś wbijał sztylet prosto w serce i je szatkował kawałek po kawałku… ułożyłem się tuż obok i ją objąłem delikatnie ramieniem, wciskając nos w kark… a ona skuliła się w sobie tylko mocniej i choć mnie nie odepchnęła, nie odwzajemniła żadnego z moich gestów... — T-też jestem zmęczona, daj mi odpocząć, jutro nadrobimy wszystko dobrze...? — brzmiało jak typowa wymówka, byle mnie zbyć i byle nie musieć mi przekazywać żadnych konkretów. To było takie podejrzane... Wiedziałem, że coś jest nie tak... po prostu czułem to w kościach i w samym sposobie wypowiedzi i tego jak się do mnie odnosiła... a do tej pory taka nie była nigdy. Naszedł mnie strach... strach, że zaraz ją zwyczajnie stracę, jednocześnie chcąc trzymać się namiastki wiary, że może przesadzam i coś sobie dopowiadam w myślach i to moje jakieś fanaberie...
A co niby takiego dziś robiłaś, że nie masz teraz siły na danie mi odrobiny czułości? Nie proszę cię o wiele, prawda? Zakładam, że to ja jestem bardziej wykończony niż ty... do kurwy nędzy Mei, jak wchodziłem ucieszyłaś się, a teraz nagle co? Planowałem zrobić ci niespodziankę za parę dni i ci się oświadczyć, wiesz…? Bo chcę spędzić z tobą resztę życia, tak bardzo cię kocham... myślałem, że ty też tego chcesz... — naprodukowałem się tyle i na co mi się to zdało? Na nico. Dziewczyna napięła swe mięśnie znacznie mocniej, co bez problemu poczułem. Odpowiedziała mi głucha cisza... udawała, że zasnęła, lecz nie udało jej się mnie na to nabrać. W porządku, nie chciała ze mną rozmawiać to nie; postanowiłem na nią nie naciskać. Liczyłem na to, że otrzymam od niej odpowiedzi jak mi obiecała... Niestety prędko przekonałem się jak potwornie się przeliczyłem... Nawet nie zorientowałem się, kiedy dokładnie sam odpłynąłem, co było skutkiem ubocznym przemęczenia. Obudziłem się sam w łóżku, zaś Mei w nim nie było, a moje ramię opadało na puste miejsce, zamiast trzymać jej ciało. Zacisnąłem obie dłonie w pięści. Wstałem cały w emocjach, nie wiedząc w zasadzie, co ze sobą począć. Tak mnie tamta walka zmiotła, że spałem do późnego popołudnia... Pierwsze co zrobiłem, to przebrałem się i wybrałem w głąb królestwa, żeby znaleźć swego najlepszego przyjaciela, któremu miałem ochotę się wyżalić jako pierwszemu ze wszystkiego jak to zwykłem robić. Nigdzie go znaleźć nie mogłem, tak samo jak mojej ukochanej... Byłem rozgoryczony i zrozpaczony. Wróciłem do swojej sypialni, nie mając zupełnie ochoty na nic. Nadal odczuwałem to przeklęte osłabienie, toteż postanowiłem się zbytnio nie nadwyrężać. Po zamknięciu drzwi za sobą, podszedłem do lustra. Przyjrzałem się swojej facjacie i rzeczywiście... powstała szrama szpeciła mnie, nie prezentowało się to najlepiej... Z emocji wydarłem się wniebogłosy na całe gardło, czego na szczęście reszta nie usłyszy, ponieważ obszar tegoż pałacu jest tak ogromny, znajduje się tu tak wiele komnat, że to by nie miało prawa dotrzeć do uszu mych rodziców. Zamachnąłem się na nie i uderzyłem z całej siły pięścią w sam środek, tym samym roztrzaskując je w drobny mak. Mimo poranień przez kawałki szkła, rany standardowo zniknęły ze skóry tak szybko, jak się na niej pojawiły. Dlaczego akurat ta jedna nie chciała…? Zadawałem sobie te pytanie na okrągło, nie mogąc dojść do żadnych sensownych wniosków... Czyżby los się na mnie mścił za ten mój bunt...? Z tej bezsilności opadłem na łóżko i przeleżałem na nim resztę dnia... Mei wróciła dopiero w środku nocy, myśląc najwyraźniej, że się nie zorientuję... myliła się. Zasypałem ją masą pytań, gdzie była, co robiła i czy z łaski swojej może dotrzymać złożonej mi wczoraj obietnicy... A ona ponownie wyskoczyła mi z tym „zmęczeniem” i mnie zbyła, po raz kolejny mówiąc mi „na pewno zrobimy to jutro, teraz daj mi spokój, jestem całkowicie wyprana z energii...” Sralis mazgalis. Nawet nie zainteresowała się, czemu zniszczyłem lustro... nic. Kiedy trzeciego dnia od mojego powrotu z frontu sytuacja się powtórzyła, szala goryczy przelała się. Nie wiedziałem już co mam robić. Poszedłem z tym finalnie do rodziców, również w nocy. Nie pochwalałem metod swego ojca ani trochę... jednak czułem, że nie mam innego wyjścia; byłem zwyczajnie zdesperowany. Przekazałem mu swe obawy, a on wysłał bezpośrednio kilku swych ludzi, by ją śledzili i jak się czegoś dowiedzą, mieli od razu do niego wrócić i mu powiedzieć jak sprawy dokładnie wyglądają. Byłem bardzo bliski płaczu, ale przez to jak byłem wychowany, jaki miałem charakter, jak twardy i silny byłem... nie mogłem sobie na to pozwolić i nie zamierzałem się przy nich rozklejać. Pierwszy raz moja matka mnie tak czule przytuliła, co było niezłym zaskoczeniem. Doceniłem to... musiałem wyglądać na tyle żałośnie, że się na to zdobyła. Starała się mi wmówić, iż wszystko będzie dobrze. Wróciłem do siebie nie chcąc dłużej zawracać im czterech liter, ostatecznie... mieli mnóstwo ważniejszych obowiązków na głowach, do tego byli tuż przed położeniem się spać. Od tamtej pory... wszystko się pogarszało, a mój świat… cóż, legł całkowicie w gruzach. Okazało się, że Mei zdradzała mnie z… moim najlepszym przyjacielem, którego owinęła sobie wokół małego paluszka. Jeden z posłanników Yuri’ego przekazał mu, że ma prędko pojawić się w pewnym miejscu, i że powinien też zabrać mnie. Kiedy już dotarliśmy wszyscy do celu... widok ten kompletnie mnie załamał. Ojciec się wkurwił i to jak. Padł ostateczny rozkaz... zabicia Mei, a jej kochanek został skazany na tortury w lochach.
Ale ja nic nie wiedziałem, to ona mi namieszała w głowie i wmawiała, że to co było między nią a Haemyeongiem jest skończone i z nim zerwała! — tłumaczył się i wyraźnie było mu z tym źle, czuł wyrzuty sumienia, ale ja nie byłem w stanie mu tego wybaczyć… póki co nie mogłem na niego patrzeć. Ani na nią... niech się cieszy, że i jego nie skazano również na śmierć. Gdyby uczynił to świadomie i z premedytacją, wtedy miałby tak samo przejebane. — Dlaczego w takim razie do mnie ani razu nie przyszedłeś, by to sprawdzić i się przekonać czy mówi prawdę...? Dlaczego... — byłem tak bardzo wściekły na niego i próbowałem to jakkolwiek zrozumieć, a on to niby tłumaczył tym, że to ona go nie puszczała i tak mu mieszała, by jej zaufał na słowo, plus, że niby było mu głupio pokazać mi się na oczy... takie tam. Nie chciało mi się z nim gadać... Próbowałem wyciągnąć cokolwiek z Mei, lecz ta... w ogóle na mnie nie patrzyła, unikała mojego wzroku i zlewała to, co do niej mówiłem zadając mi tym samym kolejne ciosy w serce...



Po tym występku przetrzymywali ją za kratami, aż do momentu ścięcia jej głowy na rynku... chciałem przed tym cokolwiek się dowiedzieć, ale ona milczała… Yuri kazał mi w tym uczestniczyć i patrzeć jak to robią. Nie dałem rady tam wystać... uważałem, że choć ona mnie tak zraniła, nie zasługuje na taką karę... Kiedy już ostrze zbliżało się do jej szyi, wycofałem się... nawet wtedy na mnie nie spojrzała. Dopiero dotarło do mnie po czasie, że nigdy mnie nie kochała, a jedynie wykorzystywała moją pozycję i moją nieskazitelną urodę… a tylko pojawiła się ta blizna i zmieniła do mnie nastawienie tak jak słyszałeś z mej opowieści... W ogóle ludzie dziwnie na mnie patrzyli, tak inaczej… czułem się coraz bardziej przytłoczony. Poprosiłem rodziców o trochę samotności, chciałem pobyć w odosobnieniu nieco dłużej... i owszem, zgodzili się. Ale jak to pan tyran... wyznaczył mi termin i powiedział, że jeśli nie wrócę w ciągu dwóch miesięcy, będzie to jednoznaczne ze zdradą. Nieważne czego nie zrobię... muszę kontynuować swą powinność, w innym wypadku czeka mnie to samo co Mei... Jak tu bym został po tym terminie, on wyśle po mnie swoich ludzi i zaciągną mnie siłą z powrotem dając wybór... albo dobrowolnie stanę się władcą, albo mogę pożegnać się z życiem. A jak ci mówiłem... nieważne gdzie pójdziesz i tak cię znajdzie... ucieczka nie ma sensu. Jeśli tam wrócę... będę się czuł jak w więzieniu, tak jakbym był martwy w środku, nie mogąc zajmować się tym, co tak naprawdę kocham. Rozmyślałem nad innymi rozwiązaniami... ale poza samobójstwem... nie przyszło mi nic innego do głowy... tak przynajmniej bym nie musiał umierać w poniżeniu... Wtem pojawiłeś się ty, a namiastka nadziei do mnie powróciła... to moje zakochanie w tobie nadało mi minimalnego sensu, by zawalczyć o samego siebie, mimo że w dalszym ciągu nie mam bladego pojęcia, jak uniknąć tego okrutnego losu... Jednakże... wraz z tym, co powiedziałeś, zdeptałeś to na nowo... ale chcę zrobić coś jeszcze, nawet jeśli miałby to być jeden jedyny i ostatni raz... — skończyłem opowiadać, czując jak jakiś ciężar ze mnie częściowo spadł, a zarazem... jak moje serce rozrywa się na kolejne kawałki, lecz nic na to już nie mogłem poradzić… Niewiele myśląc zredukowałem dzielącą nas odległość i musnąłem go swymi spierzchniętymi i wyschniętymi od mówienia wargami prosto w usta, których tak niemożebnie pragnąłem posmakować... powoli mimowolnie pogłębiałem ten pocałunek, wkładając w niego wszystko to, co do niego poczułem w tak krótkim czasie...

Phoenix tego nie wiedział, ale... kiedy przestał całować Léonarda i zastygł przytknięty do niego czołem wraz z czubkiem nosa, przy otwarciu powiek jego tęczówki zmieniły kolor na trzy barwy: pomarańczowy, czerwony i żółty, jakby przeobraziły się w ogień. Nieświadomie przez cały ten czas rzucał mu wskazówkami, które jednoznacznie mówiły, iż chłopak ten nie jest zwykłym człowiekiem, a kimś więcej… a dokładniej mówiąc feniksem, o czym on sam póki co nie zdaje sobie kompletnie sprawy. Oczy tegoż stworzenia też pojawiły się dopiero teraz, jakby przywołał je pod wpływem nadzwyczaj spotęgowanych emocji, które ewidentnie były szczere, prawdziwe, płynące prosto z jego wnętrza, co nie miało miejsca przy jego byłej partnerce... a to także z pewnością o czymś świadczyło.
Czarnowłosy był tak skupiony na nim, że nie wyczuł obecności innej istoty... niby jak? Jedyne co było dla niego niespotykane, to jak kątem oka wyłapał te nienaturalnie czarne chmury, których dotychczas na niebie nie uświadczył...

Léonard Blanchar
wiek:24 lat/a
wzrost:174 cm
dzielnica:Bel Air
mów mi:Bianka
No, god please no.
Awatar użytkownika
Prawnik/Szef Mafii
Kancelaria Blanchar
Phoenix Moon
Gwałt, bondage, furry, pedofilia, molestowanie, kazirodztwo, odgrywanie zdrady, czy niszczenia związku, kariery, przesadna brutalność, gdy ktoś odgrywa Mary lub Gary Sue.
Postać to nie ja, pamiętaj o tym.
"Są rzeczy, które trzeba zrobić, i robi się je, ale nigdy o nich nie mówi. Nie próbuje się ich usprawiedliwić. Są nie do usprawiedliwienia. Po prostu się je robi. A potem o nich zapomina."
-Nie rozumiem, jak jedna rana może tak obniżać samoocenę?-naprawdę, nie rozumiałem śmiertelnych istot.
Tak przejmowali się wyglądem, że zaczynałem się zastanawiać czy czasem Afrodyta nie maczała palców w ich kreacji. Czemu? Bowiem owa Bogini, również miała zwyczaj przejmowania się swoim wyglądem, nawet chyba bardziej niż inne. No, ale w sumie była mimo wszystko kobietą…a tutaj, przed sobą miałem młodego mężczyznę, który bardziej niż ktokolwiek mi wcześniej poznany przejmował się swoim wyglądem. Może, faktycznie to ze mną było coś nie tak, skoro tego nie rozumiałem, nie potrafiłem pojąć? Jakby nie patrzeć, mając możliwość regeneracji, w większości przypadków moje rany czy blizny znikały bezpowrotnie. No dobra, prawie, bo jak chciałem mogły się pojawić w dowolnym miejscu na moim ciele.

-Wybacz, nie mogę opowiadać o sprawach, które ciebie nie dotyczą.-zbyłem jego pytanie, zdając sobie sprawę, że moja anielska aura, jaka by nie była, nadal działała.
Ludzki młodzian, przynajmniej cały czas za takiego go uważałem, został nią oczarowany, co mnie zaczęło poważnie martwić. Nie mogłem pozwolić, aby kolejny raz, śmiertelna istota ulokowała swoje uczucia w mojej osobie. Dlatego, nim pokazałem mu, kim naprawdę jestem, obserwowałem go uważnie. I ciężko było mi nie dostrzec tego rumieńca, który spowił jego lico. Martwiło mnie to bardzo, bo nie wolno było mi kochać takich istot, ani im nas, bo tak stanowiło Boskie Prawo, które ja złamałem i teraz ponosiłem tego konsekwencje, bolesne z resztą…

Poruszyłem delikatnie skrzydłami, aby je nieco rozprostować. Dawno ich nie używałem, więc nic dziwnego, że trochę zesztywniały. Toteż, w którymś momencie rozłożyłem najpierw prawe, aby je wyciągnąć, potem lewe. Słychać było jak kości, dość konkretnie strzelają.
-Rany, dawno ich nie używałem, ani nie prostowałem.-zacząłem nimi poruszać w taki sposób, aby zacząć zataczać nimi koła.
Jakby nie patrzeć, skrzydła były dodatkowymi kończynami pozwalającymi mi latać.
-Muszę częściej je prostować.-przyznałem, słysząc jeszcze kilka solidnych trzasków kości skrzydeł.
Jedno z piór upadło, kiedy tak ruszałem skrzydłami i nawet tego nie dostrzegłem.

To, co padło z ust chłopaka, dało mi jeszcze wyraźniejszy obraz sytuacji. Zaczynałem żałować, że pokazałem mu prawdziwą postać, bo chyba przypadkiem pogłębiłem jego fascynację moją osobą.
-Jestem istota zrodzoną z magii, nie jest dla mnie problemem dostrzeżenie śmiertelnika, który gdzieś zakrada się na boku.-trzymałem dłoń na połówce maski, która chwilę temu zakrywała część jego twarzy.-Jeden właśnie przed tobą stoi, więc jak najbardziej istniejemy, tylko ukrywamy się przed oczami śmiertelnych, aby wypełniać nasze obowiązki.-wyjaśniłem ze spokojem w głosie.-Cóż za niestosowne słownictwo.-skomentowałem to jego przeklinanie.-Ponieważ nie ma nic bardziej bolesnego dla długowiecznej istoty, niż patrzenie, gdy śmiertelna istota, którą pokochała powoli umiera. Tak samo, nie ma nic boleśniejszego dla śmeirtelnej istoty, jak patrzenie, że ukochana osoba nie starzeje się razem z nią lub nim.-wyjaśniłem najspokojniej jak tylko potrafiłem.
Miałem nadzieję, że zrozumie, co właśnie mu powiedziałem.

Przekrzywiłem głowę w bok, a jedną brew uniosłem ku górze, kiedy ten zaczął mnie przedrzeźniać, tudzież kogoś zgoła innego, kogo nie miałem sposobności poznać.
-Nie pomożesz jej, bo los został już przesądzony.-pokiwałem głową na boki.-Chociaż twoja chęć pomocy jest bardzo miła. Przemyślę ją, ale pamiętaj, ona i tak umrze.-postawiłem sprawę jasno, bo taki los czekał dziewczynkę, którą miałem pod swoją pieczą.

Nie rozumiałem jednak decyzji Śmierci, która przystała na propozycję ojca młodej. Może za mało jeszcze wiedziałem o życiu śmiertelników? Może, to był powód, dla którego Śmierć wysłała mnie na spędzanie z nimi czasu, a nie tylko na samym pojawieniu się, aby zabrać duszę do Komnaty Śmierci.
-Nie umiem odpowiedzieć na twoje pytanie.-ale gdybym miał pełni mocy, od razu bym wiedział, co się dzieje.
Chociaż ta szrama, jak się jej teraz lepiej przyjrzałem, to byłem pewien, że była jakaś inna, bo wyczuwałem od niej nieco magicznej mocy dobrze mi znaną, ale nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego. Nie przy ograniczonych zdolnościach, ale jestem pewien, że gdzieś już ją czułem, tę moc, jaka emanowała ze szramy młodziana….tylko gdzie?

-Jestem wysłannikiem Śmierci, Aniołem Śmierci.-wyciągnąłem prawą rękę w bok, a na dłoni pojawiła się błękitna, jasna łuna, taka sama jak na dole.
Powoli, z tego blasku wyłoniła się moja kosa o czarnej rączce zakończonej pięknymi rzeźbieniami zachodzącymi na ostrze. Na jej górnej części poruszała się klepsydra emanująca bladym światłem. To ona, wskazywała mi osobę, której nadszedł czas i pora było jej wracać do domu…
-Widzisz?-pokazałem palcem na przedmiot wiszący na mojej kosie.-Nie świeci, więc jeszcze przed tobą długie życie, chłopcze.-wyjaśniłem.-A jak to wygląda, to z wielką chęcią ci pokaże, o ile masz ochotę.-nie miałem zamiaru go do niczego zmuszać.
Chociaż, jak sobie teraz pomyślałem, czy to aby był dobry pomysł, pokazywać śmiertelnikowi, jak pracowałem? Złote obręcze nie paliły, więc widać, miałem na to przyzwolenie…



-Ty jesteś pewna, tego, co robisz? Przecież obnażanie się z naszą mocą przed śmiertelnikami nie jest do końca zgodne z Boskim Prawem.- Azrael stał obok Śmierci, patrząc na scenę rozgrywającą się w ogrodzie, która była widoczna w tafli wody znajdującej się w kamiennej misie stojącej na jednej, ozdobionej kwiecistymi wzorami nodze.
-Oczywiście, że jestem, poza tym…-bardzo chude palce rozmyły obraz, na jaki chwilę temu patrzyli obydwoje.-...ten młodzieniec…jest mi jakiś blisko znajomy…-Śmierć poruszyła dłonią, aby lico Phoenixa przybliżyło się.

Śmierć skupiła swoje spojrzenie na młodzieńcu.

-To Suzaku…-była w niemałym szoku, więc dała krok do tyłu.-Wszędzie rozpoznam tę energię, chociaż…jest bardzo przytłumiona.-Śmierć przysunęła się na powrót do naczynia z wodą.-Jakby uśpiona…
-Co takiego?!-anioł aż rozprostował skrzydła z tego całego zaskoczenia.-Przecież Suzaku zaginął wiele dekad temu podczas Wielkiej Wojny z Seiryū!-Azrael wpatrywał się zaskoczony w rozmówczynię.-Lubię twoje żarty, ale tym razem przesadzasz…przez tyle dekad nikt nie mógł go odnaleźć, a zrobił to Samael, który musi za karę pokutować? No weź…- jakoś ciężko było mu w to uwierzyć.
-To jest Suzaku, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości…tylko nie rozumiem, czemu ukrywa się pośród śmiertelników…-Śmierć zmarszczyła brwi.
-Jeśli mnie pamięć nie myli, to on był poważnie ranny podczas walki z Seiryū, bo ten podstępny smok zastawił na niego pułapkę, więc może nie chce pokazywać swojej prawdziwej tożsamości nawet przed Samaelem, który ma ograniczoną moc za przewinienie, jakiego się dopuścił?-Azrael złożył na powrót skrzydła.
-Całkiem możliwe..-Śmierć uderzyła kosa o podłoże.-Musimy natychmiast udać się do Północnego Pałacu…Nim będzie za późno.
-Do Złotego Mędrca?-Azrael patrzył jak obraz z tafli wody znika.
-Tak.-Śmierć odwróciła się i udała w kierunku wyjścia z komnaty.-Zdecydowanie z Suzaku jest coś nie tak i może dlatego mamy problem z zachowaniem równowagi między życiem a śmiercią..
-Nie bardzo rozumiem, co ma moc Suzaku do anomalii, którą próbujemy opanować?-Azrael nie mógł w pełni zrozumieć tego, co mówiła Śmierć.
-Głupiś aniele, że tego nie rozumiesz!-Śmierć odwróciła się do rozmówcy i skierowała na niego swoja kosę.-Moc Suzaku pochodzi ode mnie, tak jak pozostałych opiekunów życia i śmierci. Posiada zdolność dawania, ale i odbierania życia. Jeśli, podczas używania magii odrodzenia jej użycie zostało zakłócone, jako Anioł Śmierci powinieneś wiedzieć, co się wtedy staje!-uderzyła, dość mocno kosą o podłoże.
-Tak wiem, zaciera się granica między życiem a śmiercią…-anioł poruszał nerwowo skrzydłami.-...sugerujesz, że coś zadziało się z mocą Suzaku, kiedy próbował uciec przed swoim bratem?
-Dokładnie tak Azraelu, to mam na myśli, ale nie to jest najgorsze…-Śmierć zamknęła powieki, które otworzyła i spojrzała przed siebie, na rozmówcę.-Jeśli Seiryū dowie się, że Suzaku jest na Ziemi, pod ludzką postacią i ma problem ze swoją mocą…-zamilkła na moment.-...cała planeta będzie zagrożona.
No tak, bo on przecież nadal jest pod wpływem działania Pierwiastka Ciszy i wpływów Nocto…-Azrael był zmartwiony.
-Niestety, Suzaku zawiódł chcąc pomóc swojemu bratu i uwolnić go spod wpływów Pierwiastka Ciszy.-Śmierć była zmartwiona.-Póki jest na usługach Nocto i chroni go jego moc nic mu nie zrobimy….-przeniosła spojrzenie na sporych rozmiarów posąg Prabóstwa Apokalipsy.-Oby Apokalipsa wiedział, co robi, posyłając Samaela na Ziemię…



-Dotknąć moich skrzydeł?-zdziwiłem się na jego pytanie, ale w sumie nie miałem nic przeciwko.
Toteż wyciągnąłem jedno ze skrzydeł w jego stronę, aby mógł je dotknąć.
-To prawda, feniksy to przepiękne stworzenia. Tam skąd pochodzę, gdzie jest mój dom mieszka ich niezliczona ilość.-zachwyciłem się tymi przepięknymi ptakami.
Dziwne, wcześniej, aż tak mnie nie fascynowały.
-Ja nie zabijam, ja tylko przeprowadzam duszę na drugą stronę i opiekuję się ich Iskrami Duszy, aby trafiły na swoje miejsce.-wyjaśniłem, nie zdając sobie sprawy, co takiego właśnie powiedziałem.-Dobrze.-skinąłem głową, skoro poprosił mnie, abym go wysłuchał z uwagą.

Przyglądałem mu się z wielkim zainteresowaniem, kiedy tak opowiadał swoją historię. Jakaż ona była bolesna! Czułem, może nie tak jak zawsze, ból skrywany w jego sercu, kiedy tak opowiadał mi o swoim losie. Tylko ja nie widziałem w tym losie niczego złego, znaczy owszem, to co mówił, było bardzo niesprawiedliwe, ale dzięki temu nauczył się życia. Tego, jak czasami bywa okrutne, podłe, jak jest niesprawiedliwe, ale również dotarł do momentu, w którym stał teraz. Chociaż nadal nie potrafił dostrzec tej mocy, jaka w nim tkwiła. Gdyby był taki słaby, za jakiego się uważał, nie dotarłby do miejsca, w którym się znalazł.

Kiedy tak zamilkł na moment, ponownie pozwoliłem sobie na drobny gest pogłaskania go po głowie. Sam, zaczynałem się sobie dziwić, skąd znalazły swoje miejsce te dziwne uczucie współczucia oraz delikatność, której wcześniej u siebie nie dostrzegałem. Czyżby to przez ten czas, jaki spędzałem z tą dziewczynką? Ale to nie było możliwe…przecież moje serce było lodowate i pełne nieokiełznanego chaosu i jadu więc skąd ta delikatność, to współczucie? Coś się zaczynało we mnie zmieniać, ale nie potrafiłem zrozumieć co takiego. Nawet, gdy byłem zakochany, miałem dzieci z ludzką kobietą nie było to, aż tak widoczne. Dopiero ta dziewczynka, to dziecko tak inne od wszystkich zaczęła to zmieniać…

Moje rozmyślania przerwał głos tego chłopca, więc raz jeszcze skupiłem się na wypowiadanych przez niego słowach.

-Złota broń, od której rany się nie goją, powiadasz?-ująłem jego twarz wolną dłonią, aby przyjrzeć się z uwagą bliźnie, o której mówił.
Dzięki temu mogłem przyjrzeć się jej dokładniej, chociaż nadal ograniczona moc nie pozwalała mi określić, skąd miałem wrażenie, że ją znam. Będę musiał o tym powiedzieć Śmierci, może ona będzie wiedziała o co chodzi. Ewentualnie, faktycznie chłopak padł ofiarą klątwy, ale tą bym z miejsca wyczuł, więc nie, to nie była klątwa.

Przejechałem kciukiem po bliźnie, aby sprawdzić, czy Phoenix faktycznie mówił prawdę. Ta, sprawiała wrażenie świeżej, takiej którą ktoś zrobił mu dość niedawno. Tym bardziej utwierdzało mnie to w przekonaniu, że nie była zwykłym śladem.
-Ten miecz…pamiętasz, pod jakim drzewem go ukryłeś?-zapytałem, wodząc po bliźnie wzrokiem.
Pochyliłem się tak, że nasze twarze były naprawdę blisko.
-Wygląda na bardzo świeżą, ale z tego, co mówisz, otrzymanie jej miało miejsce to spory kawałek czasu temu..-odsunąłem się i zabrałem dłoń z jego twarzy.

Dostrzegłem łzy, które ozdobiły kąciki jego oczu. Śmiertelne istoty, nie ważne, czy były kobietą czy mężczyzną, roniły łzy, których ja nie do końca rozumiałem. Chociaż gdy straciłem ukochaną i moje dzieci płakałem. Ból, jaki temu towarzyszył i nienawiść była nie do zniesienia, czyżby ten tutaj młodzian, miał na myśli dokładnie ten sam ból i nienawiść, jakie czułem wtedy ja? Dlatego, nim się zorientowałem opierałem kosę o drzewo, aby móc przytulić, na swój sposób Phoenixa. To było takie bardzo sztuczne, jak to powiadało to dziecko, którym się opiekowałem. Niestety nie potrafiłem inaczej, dlatego bycie Rzymianinem jakoś maskowało moje emocjonalne ułomności, bo nikt nie będzie widział problemu w tym, że żołnierz ma problem z okazywaniem uczuć skoro tyle śmierci widział dookoła…

-Przykro mi, że taki los cię spotkał.-to też musiało brzmieć dość beznamiętnie, ale nie do końca tak było.
O dziwo, szczerze mu współczułem, kiedy wypowiadałem te słowa.

Wycofałem się, dając mu nieco przestrzeni. Poza tym, zaraz będzie pora mi się zbierać. Jeśli niebawem nie wrócę, zaczną mnie szukać, a tego wolałbym uniknąć.
-Nie rozumiem tego Phoenixie…-zacząłem.-Powiedziałeś, że masz wybór, aby stać się władcą…władca to ktoś, kto może wszystko, więc kiedy zostaniesz władcą będziesz mógł robić to, co kochasz i nikt nie będzie miał prawa ci tego zabronić. Nawet twój ojciec. Wszak, będziesz władcą.-zauważyłem, bo dla mnie to było całkiem logiczne,
Jako władca zrobi wszystko, co tylko będzie chciał. Nawet zmieni zasady rządzenia, które prowadził jego ojciec. Jednak, jak się tak zastanowiłem, czy tu aby nie chodziło też, o coś innego? O coś, czego ja nie pojmowałem? Być może, bo nie miałem pojęcia, co miał na myśli mówiąc o tym, że kiedy wróci do zamku będzie się czuł jak martwy. Będę musiał poprosić go o dokładniejsze wyjaśnienie tegoż zagadnienia. Bowiem, jak można być martwym, czuć się martwym żyjąc?
Spojrzałem na swoją dłoń. Poruszałem palcami.
-Jak można żyć, a być jednocześnie martwym?-wyszeptał ledwo słyszalnie, nie zwróciwszy uwagi, na to co planował Phoenix.-Mówiłem ci, że pożyjesz jeszcze wiele lat.-zwróciłem mu uwagę, patrząc nadal na swoją dłoń.-Samobójstwo to nie rozwiązanie, to najkrótsza możliwa droga ucieczki. - spojrzałem na niego.-Jeśli odbierzesz sobie życie, to pokażesz, że nie radzisz sobie z problemami, że chcesz od nich uciec, zamiast stawić im czoła. Rozumiem, że potrzebujesz jakiejś pomocy, ale wątpię, abym był kimś, kto może ci w tym pomóc.-powiedziałem, opuszczając rękę w dół.-Nie rozumiem, czemu uznałeś, że jestem jakąś namiastką nadziei dla ciebie, tudzież jej źródłem.-kolejny raz nie rozumiałem tego, co on do mnie mówił.
Ja namiastką nadziei dla niego? Niby w jaki sposób, miałem nią być?

Rozmyślania przerwało mi to, co zrobił. Pocałunek. Dlaczego to zrobił? Czy śmiertelnicy muszą zawsze całować obce im osoby, czy on był jakiś odmienny pod tym względem? Nie wiem, zapytam go później…

Pocałunku nie oddałem, bo nie wolno mi było tego robić. Kochać śmiertelnej istoty, poza tym, nic do niego nie czułem. Nie chciałem go bardziej zranić, bo chyba moje wcześniejsze odrzucenie zabolało go naprawdę mocno.

Kiedy jego oczy uległy zmianie, moje bransolety, ograniczniki mocy żywnie zareagowały na jego, chwilowo uaktywnioną magię. Poczułem ból i coś, jakby zaczęło palić miejsca, w których znajdowały się ograniczniki mocy. Nic dziwnego, że odepchnąłem go najmocniej jak potrafiłem. To był taki odruch bezwarunkowy. Upadłem na kolana.
-Ugh!-ograniczniki były takie gorące, wręcz rozpalone, jakby płonęły żywym ogniem.
Próbowałem je zdjąć, mimo, że byłem świadom, że nie uda mi się tego dokonać.
Aaaach!-krzyknąłem z bólu, po czym straciłem przytomność, a ostatnie co zapamiętałem to tego chłopaka i nadchodzące, wręcz nienaturalne chmury na niebie.

-Hmm…zrobiło się ciekawie.-obserwator tego zdarzenia usiadł sobie na skale, założył nogę na nogę i zaczął przyglądać się tej całej sytuacji, która miała miejsce.-Ty nie jesteś zwykłym młodzieńcem, prawda?-powiedział do siebie, przesiadając się na obranym miejscu.-Ciekawe, co pan Nocto powie, że być może znalazłem jakąś magiczna istotę, ukrywającą się pośród śmiertelników?

Phoenix Moon
wiek:34 lat/a
wzrost:184 cm
dzielnica:Arts District
mów mi:Sarameda Hakte
Awatar użytkownika
Sportowiec & muzyk
To tu, to tam
Léonard Blanchar
Try me. :>
Life is tough, and things don't always work out well, but we should be brave and go on with our lives.
Background Music
Zacząłem się głęboko zastanawiać... czemu wszystko co jest na tym świecie tak oczywiste, dla niego było takie dziwne i niezrozumiałe...? Jego reakcje i niektóre słowa jawnie mnie zaskakiwały, a ja odnosiłem niejakie wrażenie, że miał jakiś problem z wyrażaniem uczuć, emocji... stąd mogło się to u niego brać, ale co ja się tam znam, niewiele o nim wiem, będę musiał go lepiej poznać, by móc więcej wywnioskować, gdyż nienawidziłem oceniać z góry. Wolałem sam bezpośrednio dowiadywać się jakichś szczegółów o drugiej osobie.
Ty też nie czułbyś się komfortowo, gdyby nagle wszyscy dookoła zaczęli patrzeć na ciebie z... takim jakby obrzydzeniem i pogardą, jakbyś nagle był kimś innym, niż wcześniej...? Przykro to przyznać, lecz najwyraźniej dla większości istot wygląd jest najważniejszy… i wystarczy jedna skaza i z jakiegoś niejasnego dla mnie powodu cię całkowicie skreślają. Potrafi to dać w kość, nawet jeśli starasz się mieć w to wyjebane... ale w pewnym momencie zaczynasz myśleć, że to faktycznie cię oszpeca i tym sposobem się negatywnie nakręcasz… — usiłowałem mu to sprecyzować najlepiej jak umiałem, jednak sam bardzo często zadawałem sobie to cholerne pytanie, czemu tak jest, czemu zewnętrzna powłoka tak niesamowicie się dla niemalże każdego liczy? A gdzie w tym wszystkim wnętrze, które to powinno stać na pierwszym miejscu, kiedy się kogoś kocha? — Dla mnie to też absurdalne, ale takie są realia... mało jednostek patrzy bardziej w głąb, a liczy się dla nich jedynie piękno i majętność... owszem, wygląd także się liczy nie ma co się oszukiwać, gdyż jedni będą cię kręcić, inni nie... aczkolwiek dla mnie najważniejsze jest to, co ktoś ma w środku, a cóż, mało kto na to patrzy o czym zdążyłem się nie raz i nie dwa boleśnie przekonać... — skwitowałem, wprawdzie na razie bardzo ogólnikowo, lecz stopniowo przygotowywałem się do zdradzenia mu więcej szczegółów, które być może lepiej uzasadnią, czemu postanowiłem zakrywać swą twarz pod maską... mogło to nie mieć dla niego bynajmniej żadnego sensu, jednakże dla mnie to co się stało było tak potężnym ciosem, że inaczej nie potrafiłem, gdyż zostawiło to na mojej psychice wyjątkowo mocną rysę... Nie wymagałem od niego, że to jakkolwiek pojmie. Przynajmniej starałem się jak mogłem mu to jakoś rozjaśnić. To też nie tak, że miałem jakąś niską samoocenę... może odrobinę zaburzoną przez tą jedną pieprzoną drobnostkę, niemniej nie dokumentnie zniszczoną jak mogłoby się komuś z boku wydawać.

Skrzyżowałem ręce na piersi, nadymając swe policzki, patrząc na niego z jawną irytacją. Ja tu wypruwam tak zwane flaki, by się przed nim uzewnętrznić, a ten co?! Skandal. Wywróciłem teatralnie oczyma, wzdychając ciężko.
Pierdolenie... co mnie niby nie dotyczy? Spytałem tylko w jaki sposób się tu dostałeś z tego całego Rzymu… ale w porządku, skoro to taaaaka tajemnica, nie mów, proszę bardzo... — zaciskałem jednocześnie dłonie w pięści, czując narastającą złość. Zachowywał się tak jakbym zadał pytanie na temat rzeczy zakazanych... no do ciężkiej cholery, to było proste jak drut! Nie było w tym żadnej filozofii... Zmarszczyłem przy okazji charakterystycznie brwi, łącznie z nosem i czołem, łypiąc na niego spod byka. Nie mogłem jednak zanegować tego, co do niego poczułem... a to było coś silnego, coś czego nigdy do nikogo nie czułem... ciężko było to logicznie zinterpretować, tak po prostu... się stało, mimo że nadal nic praktycznie o nim nie wiem. Było to jakieś niedorzeczne, nawet dla mnie! Co za tym idzie rumieńce samoistnie pojawiały się na mych licach i nic z tym zrobić nie mogłem…

Nie martw się, wszystko się niedługo wyjaśni, cierpliwości...

Odezwał się we mnie jakiś... podejrzany głos, który z początku zignorowałem. Tak, od czasu do czasu mnie lubił nawiedzać, choć nie miałem bladego pojęcia czym on w ogóle jest. Może... czymś w rodzaju mojej intuicji? Zwykle się go słuchałem, zwłaszcza że i tak był takim cichym szeptem w mojej głowie, zatem nie mogło to być nic złego... acz tym razem słowa do mnie kierowane były wyrwane totalnie z kontekstu. Tak jeszcze nie miałem, dlatego stwierdziłem, że to nic istotnego... póki co. Ja muszę śnić, prawda? Przecież anioły nie istnieją, nie mogą...

Mogą... to nie jest żaden sen, ogarnij to wreszcie…

Ten głos stawał się coraz bardziej natrętny i inwazyjny, ale ja nadal pozostawałem niewzruszony i nic nie było po mnie widać. Rozdziawiłem szczękę, obserwując jak obiekt mych westchnień rozpościera swe wielkie skrzydła, które donośnie strzykały i strzelały, jakby rzeczywiście nie były używane od dawna. Nie wiedziałem aż co powiedzieć... siedziałem tak i wgapiałem się w niego jak w obrazek z wyraźnym zafascynowaniem. Kątem oka spostrzegłem jak jedno z jego piór upada na ziemię. Może później je podniosę... teraz doznawałem tak ciężkiego szoku, że nawet nie mogłem się poruszyć. Musiałem zwyczajnie ochłonąć. Zamrugałem kilkukrotnie powiekami, szczypiąc się zarazem w rękę, dla pewności czy aby na pewno nie śnię. Może robiłem to za słabo...

Oj nie... przyjmij do swej świadomości jakie są fakty... ileż można od tego uciekać...

Przełknąłem ślinę, wsłuchując się w jego słowa z uwagą. Byłem tak pochłonięty nim, że już całkowicie zapomniałem o przepołowionej masce, której już nie trzymałem między palcami.
Tak mnie zatkało na kilka minut, że nie byłem w stanie nic z siebie wydusić, do czasu...
Normalne... — prychnąłem na jego uwagę o niby niestosownym słownictwie... cóż za brednie, teraz każdy przeklinał, niektórzy gorzej ode mnie i jakoś nikomu to nie przeszkadza! Może pojedynczym jednostkom... a tak poza tym wulgaryzmy były na miejscu dziennym i nie było to nic nadzwyczajnego ani czymś, czego by zakazano. — Może i tak... ale chociaż może przeżyć z nią tych kilka szczęśliwych lat... domyślam się, że potem pozostaje samo cierpienie i ból... dlatego staram się doceniać najmniejsze rzeczy, cieszyć się z nich, bo nigdy nie wiadomo kiedy można stracić wszystko, co się kochało... — owszem nie brzmiało to zachęcająco, w jakiejś części wiedziałem co ma na myśli... z tym, że ja wolałem na to inaczej patrzeć, nieco optymistyczniej, mimo że mogłem sobie jedynie wyobrazić, co musi taka istota długowieczna czuć w takiej sytuacji... a wiedząc, że i tak moje dni są policzone, nie do końca mogłem zrozumieć jakie jest jego postrzeganie na ten temat i nie wiem czy chcę to w pełni ogarnąć... Ostatecznie w dalszym ciągu ciężko było mi uwierzyć w istnienie takich stworzeń, zdawało się to brzmieć jak jakaś fantazja...
I co z tego, że przesądzony? Może dowiedziawszy się, że mogłaby pożyć dłużej niż myślała, ucieszyłaby się? Nie pomyślałeś o tym? Czasem nawet pozorne „niewiele więcej” dla takiej osoby może być najcudowniejszym darem, jaki otrzymałaby od losu. — wyjaśniłem swój punkt widzenia w ów kwestii, bowiem spotykałem się już z takimi przypadkami... kiedy udało mi się wydłużyć komuś życie, nieważne o ile, za każdym razem byli mi dozgonnie wdzięczni i ta wdzięczność i radość na ich twarzach była dla mnie wystarczająca; nigdy nie chciałem niczego w zamian.
Nie musisz... — znów z mojego gardła wydobyło się zrezygnowane westchnięcie. On chyba też nie ogarniał, co to jest pytanie retoryczne... a takie właśnie padło z mych ust. Nie wymagałem od niego odpowiedzi, to było bardziej stwierdzenie, aniżeli prawidłowe pytanie. Taka prawda, czułem się jakbym naprawdę był jakiś przeklęty... — Teraz już wszystko staje się dla mnie jaśniejsze... przyszedłeś po mnie wcześniej, prawda? Nie ma to i tak znaczenia... zaraz i tak mnie zabierzesz ze sobą... — Anioł Śmierci mówił sam za siebie. Może i zawzięcie trzymałem przy swoim, ale jak widzę nie byłem jedynym... to było jakieś pokręcone! Skoro podobno mam żyć dłużej... po kiego grzyba tu do mnie przybył? Zmieniam zdanie... nic nie trzyma się kupy, absolutnie nic! Moje spojrzenie wyrażało jedno wielkie pogubienie, wpatrywałem się w niego pytająco. — Huh?! Czemu cały czas mi to powtarzasz?! O, wiem! Popsuło się! Na pewno tak jest! — z tego wszystkiego aż począłem wymachiwać energicznie rękoma. I choć zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że w jednych aspektach jestem nader optymistyczny, a w innych okrutnie pesymistyczny... i powinno się to ze sobą gryźć, to też nic nie mogłem na to chwilowo zaradzić. — No pokaż... to takie intrygujące! — czemu miałbym nie chcieć się dowiedzieć, jak to ustrojstwo działa? Byłem święcie przekonany, iż coś zdecydowanie się spieprzyło. Musiało! To nie może być prawda... ja umrę i to było również przesądzone! Czemu on się ze mną tak spiera...?

Bo ma rację cholerny uparciuchu...!!

Noż ja pierdolę... zaraz mnie jasny szlag trafi! Kolejny się odezwał... sam nie wiem kto! Znawca od siedmiu jebanych boleści. A idźcie wy wszyscy w cholerę!
Przeniosłem prędko uwagę na te skrzydła, by jakoś ją rozproszyć. Kiedy bez zawahania wyciągnął ku mnie jedno z nich... sam niepewnie nakierowałem nań rękę i dotknąłem go, początkowo delikatnie głaskając pierze, powoli wzmacniając nacisk i po krótkiej chwili już je lekko macałem... — Wooo, normalnie odjazd! — moje oczy się świeciły, a większy uśmiech wyłonił na mej facjacie. Tylko czemu... w dalszym ciągu czułem się jak w jakimś pięknym śnie...? — Chciałbym takiego zobaczyć na własne oczy... — nieukrywanie się rozmarzyłem, ponieważ wizja spotkania jakiegoś magicznego stworzenia napawała mnie olbrzymią ekscytacją, sam nie wiem dlaczego!

Jesteś ich bogiem deklu...

Co znowu...? Te myśli stawały się coraz bardziej... przerażające z minuty na minutę! Cholera, co się ze mną dzieje...?
Nie zorientowałem się o tym, iż nie przestałem trzymać jego skrzydła, tak się zamyśliłem! A gdy to do mnie wreszcie dotarło, taki absolutnie speszony puściłem je w końcu... — Mam nadzieję, że moją także się odpowiednio zajmiesz w takim razie... — nie mogłem się powstrzymać od takiego komentarza, ciągle żyjąc w przekonaniu, że zbliżał się mój czas na tej planecie... I wtem finalnie wyrzuciłem z siebie to wszystko co we mnie siedziało, licząc na to, iż po wysłuchaniu Léoś pojmie jak dużo niewyobrażalnego bólu aktualnie dźwigałem w swym sercu...
Jego dotyk był taki niewiarygodnie kojący... ulegałem mu, aż zamruczałem z zadanej mi przyjemności, nieistotne, że to było samo głaskanie po głowie... Na słowa odnośnie złotej broni przytaknąłem w odpowiedzi głową. Może i otwierałem usta, by coś do tego dodać, ale na nowo zaniemówiłem, kiedy to ujął moją twarz i począł przesuwać kciukiem po nieszczęsnej bliźnie. Przełknąłem głośno ślinę, a policzki zapiekły znacznie mocniej, natomiast oddech przyspieszył...
Owszem... zważywszy jednak na to, iż mi ewidentnie zagraża... nie zaprowadzę cię tam. Nie, dopóki w pełni ci nie zaufam, a ty mnie... — powiedziałem półszeptem spuszczając wzrok, choć niełatwo było nie patrzeć mu w takim ułożeniu prosto w oczy, które bacznie przyglądały się tej sznycie. Nie byłem aż tak naiwny, by go natychmiast tam zabierać… jeszcze czego. Mogłem i być nim zauroczony, lecz skoro on miał opory, by mi o niektórych rzeczach mówić, ja tym bardziej mogę je mieć w jakichś kwestiach. — Czy ja wiem, czy taki spory... zaledwie ponad dwa miesiące temu, to w zasadzie tyle co nic. — poprawiłem go. Zabrakło mi niemalże tchu widząc jak blisko jego twarz znajduje się tej mojej... moje serce tak łupało o żebra, że aż bolało!

Jak już wspominałem... nie zdarzyło mi się płakać, dopiero dziś... może to przez to, że za długo kisiłem to wszystko w sobie i po wywaleniu tego dałem temu upust na tyle, że tak swobodnie te słone krople spływały po mej rozgrzanej buźce...? Zawsze uważałem to za słabość, nie chciałem sobie na to pozwolić, a tym razem... miałem to zupełnie gdzieś. Nie stawiałem żadnych oporów... widocznie nie miałem już siły tego powstrzymywać. Zaskoczył mnie tym jakże uroczym, acz nieco upośledzonym gestem. Dało się wyczuć tę sztywnotę!
To nie tak się robi, pokażę ci. Widać, że masz jakieś ubytki odnośnie uczuć... w każdym razie doceniam, że się na to zdobyłeś, to miłe... powinieneś się bardziej rozluźnić! — to mówiąc objąłem go mocniej, wciskając nos w zgięcie jego szyi, zaciskając palce na jego plecach i wtulając się w niego czule, wkładając w to część tego, co do niego czułem... Cóż, z jednej strony byłem wdzięczny za choćby gram starań, a z drugiej... ogarniał mnie większy smutek, gdyż to mi poniekąd pokazywało, z jakiego powodu mógł mieć problem z miłością, której prawdopodobnie nigdy tak naprawdę nie czuł do nikogo... Ja wprawdzie też może nie w pełni, ale znałem to uczucie, wiedziałem doskonale jak to jest, mimo wielkiego późniejszego rozczarowania... Zmarszczyłem nosek tuż po tym, jak się ode mnie odsunął... nie chciałem tego. Najchętniej to bym został już w jego objęciach na zawsze...
Nie... to nie takie proste jak ci się wydaje. Gdyby faktycznie tak było... bez najmniejszych wątpliwości zasiadłbym na tronie. Ojciec powiedział mi, że muszę się podporządkować i rządzić na istniejących zasadach i nie mogę nic zmieniać... dlaczego spytasz. Taki system jest od zarania dziejów, nikt nie odważył się go podważyć... Jak na ironię pierwszym, który chciał spróbować był mój starszy brat... niestety był tak przytłoczony tym wszystkim, taką mu siekę z mózgu zrobili, że go to przerosło i... ostatecznie popełnił samobójstwo. W królestwie się to rozniosło jako plotka, a Yuri oczywiście zmienił fakty, by nie zaszargało to dobrego imienia naszego rodu. Ja znam prawdę... zostawił mi list pożegnalny, którego nikomu nie pokazałem. Ponadto... jak już wiesz, sam próbowałem dotrzeć do mego ojca i poprosić go, bym mógł rządzić po swojemu, ale ten nie chciał mnie słuchać. Nic poza ruganiem mnie nie otrzymałem... Także nie można jako władca robić to na co się ma żywnie ochotę. W związku z tym... nie chcę takiej władzy opartej na pieprzonych zakazach, ograniczeniach, a także brutalności... tego nie zaakceptuję. — wyjawiłem kolejny detal słabym głosem, siorbiąc nosem, czując jak coraz mniej łez wycieka z kącików mych oczu. To co miałem wylać, wylałem. Poza tym nie miałem już sił na płacz. Przynajmniej w tej chwili. Och, to byłoby spełnienie wszelkich marzeń, by to wyglądało tak, jak mówił... wówczas nie musiałbym się nad niczym zastanawiać ani szukać innego rozwiązania. — Można... to takie poczucie pustki, a taką bym czuł, gdybym tam wrócił... gdybym musiał trzymać się tych wszystkich okrucieństw... nie mając u boku ukochanej osoby... to dosłownie tak, jakby nie zostało w tobie nic, skoro tyle zła cię ogarnia i sam musisz je szerzyć... — nie było mi łatwo tego logicznie wytłumaczyć, ale już mi było wszystko jedno... jak tego nie ogarnie, to już nie mój problem. Zrobiłem głupkowatą minę, ponownie usłyszawszy, że niby wiele lat przede mną... — Jakoś ci nie wierzę... Och, jakbym o tym nie wiedział... postanowiłem wymyślić lepszy sposób, jak dotąd... bezskutecznie. I nie, nie potrzebuję żadnej pomocy... nie w tym sęk. Kurwa, jakiś ty niedomyślny... uznałem tak, bo poczułem coś, czego nigdy nie czułem... bynajmniej nie w takim stopniu! Zakochałem się w tobie jak skończony kretyn... i uznałem, że mając dla kogo żyć, doda mi to większej motywacji do czegokolwiek… że może wspólnie coś wymyślimy... cokolwiek... — mój tembr zniżył się, nie było mnie niemalże słychać, acz skoro byłem tak blisko niego... na pewno to wyłapie. I choć już brakowało mi sił na płacz... na nowo zalewałem się łzami, które wręcz strumieniami spływały wzdłuż policzków, po brodzie, ściekając na ubrania. Odrzucenie tak kurewsko bolało... że już nawet one samoistnie leciały, będąc nie do zatrzymania. Nie oczekiwałem, że nagle zmieni zdanie i mnie pokocha; sam dał mi jasno do zrozumienia, iż nic z tego nie będzie, ale... chciałem choć raz zasmakować jego ust, tak bardzo mnie korciło... Zryczałem się mocniej kiedy nie odwzajemnił mojej pieszczoty... to już było bardziej niż pewne, że to koniec...

Ależ mylisz się... nic nie jest stracone, zobaczysz...

Ehe, jasne.
Pocałowałem go zaledwie, a on... tak mnie potraktował, jakbym uczynił mu najgorszą zbrodnię świata! Moja rozpacz wzrosła... a kiedy mnie z taką siłą odepchnął, zamortyzowałem upadek zatrzymując się na wpół zgiętych nogach; udało mi się nie przetoczyć jak worek ziemniaków po gruncie, drastycznie wżynając ręce w glebę, a z mojej krtani wydobył się przedziwny dźwięk... pierwszy raz go usłyszałem! Było to coś jakby skrzek rozżalonego, rozwścieczonego ptaka...? Przyglądałem mu się z olbrzymim bólem... nie wiem czemu tak cierpiał... pewnie z mojej winy, to wszystko przeze mnie!

Nie, idioto...

Jaki ze mnie dureń! Kompletny dureń. Zacisnąłem mocniej pięści, którymi jebnąłem z całej siły o ziemię. Kolejne zaskoczenie... pozostały po nich dwie dość głębokie dziury. Od kiedy we mnie tyle werwy...? Cholera jasna... nie to jednak było ważne. Niewiele myśląc poderwałem się na równe nogi i podbiegłem do niego, rozpłakując już na dobre...
Léoś!? Słyszysz mnie?! Obudź się, proszę... nie chciałem cię skrzywdzić... — nic, zero. Odpowiedziała mi głucha cisza. Zemdlał. Pochyliłem się nad nim, mimowolnie obejmując go ramionami za szyję, mocząc zmasowaną ilością przezroczystych kropelek... Usiadłem pośladkami na swych łydkach, by choć trochę się opanować. Zerknąłem na to brzydkie niebo... wcale mi się to nie podobało. Nie zamierzałem go tu tak zostawiać... Chwyciłem go i ułożyłem na rękach niczym księżniczkę i wstałem... o dziwo nie czując zupełnie jego ciężaru, jakby... nic nie ważył?! Cóż, to mi przynajmniej ułatwiło sprawę... Schyliłem się i w drodze złapałem za leżące na trawie od niedawna pióro, które włożyłem sobie pod pachę.

Skierowałem kroki do zamku. Po przekroczeniu progu wszedłem po schodach na górę. Wnętrze było bogato zdobione, w końcu należało do królestwa. Nie było to tak wielkie jak pałac, acz budynek ten wciąż robił wrażenie pod względem zarówno wielkości jak i dekoracji. Zaniosłem go do swej sypialni, w której znajdywało się spore łóżko. Powinno się pod nim nie zapaść... a nawet jeśli, to także mi zwisało. Położyłem go na miękkiej pościeli najdelikatniej jak było to możliwe. Kątem oka spostrzegłem coś niespotykanego... czemu natychmiast musiałem się koniecznie przyjrzeć. Doczłapałem się do lustra... a tam od razu rzuciły mi się te płomieniste tęczówki. Omal na zawał tam nie padłem! Nie dość, że to, na dokładkę... poczułem jak mnie coś rozrywa, jak swędzi i kuje jednocześnie na stopach, to samo było z dłońmi. Zrzuciłem buty, by sobie ulżyć, nie będąc świadom, co mnie zaraz czeka... Chwilę potem paznokcie wszystkich palców przekształciły się w ostre niczym brzytwa szpony, urosłem z deka, moje ciuchy ulegały zniszczeniu, ze skóry poczęły wyrastać pióra, z tyłka zaś... ogon?! Ja pierdolę co jest grane?! Jakby tego było mało... poczułem w sobie niespotykanie olbrzymie pokłady mocy, która przepływała przez całe moje ciało, wręcz pulsowałem nią po całości. To coś, co we mnie siedziało wymykało się spod kontroli, nie mogłem nad tym zapanować!

Nie bój się ani niczym nie martw... nic ci nie grozi. Dopuść to do siebie, przestań z tym walczyć! Masz pełną kontrolę, tylko... zaakceptuj to, poczuj to! Jesteś potężniejszy niż ci się wydaje... i prawie gotowy...

Wystraszyłem się nie na żarty i aż odskoczyłem w bok, spoglądając za okno by sprawdzić czy ktoś nas nie śledził. Nikogo tam nie było... A ten głos… stawał się wyraźniejszy, donośniejszy, a ja odniosłem nieodparte wrażenie, że to sprawka Léonarda. On mi coś wszczepił, czy inny chuj?! Oj będziemy musieli poważnie porozmawiać jak już się ocknie... Nie chcąc oglądać swojej transformacji, wgramoliłem się na łóżko obok spoczywającego na nim Anioła Śmierci i objąłem go ramieniem, wtulając nos w jego policzek... Postanowiłem nad nim czuwać, dopóki nie odzyska przytomności. W międzyczasie ulegałem coraz większej przemianie, a moje kości trzaskały, wszystko zgrzytało, do tego odczuwałem przy tym piekielny ból... próbowałem to jakoś zniwelować, lecz to małymi kroczkami wydobywało się ze mnie coraz bardziej...

Gdybyś się tak nie sprzeciwiał, nie przechodziłbyś przez te tortury... to i tak nieuniknione, pogódź się z tym. Léonard… to twoje przeznaczenie.

Dalej nic z tego nie kumałem. Niemniej... dłużej tego lekceważyć też już nie mogłem. Rozluźniłem mięśnie, posłuchałem się wewnętrznego tajemniczego głosu i pozwoliłem temu płynąć ot tak, przytulając się do miłości mego życia... Zebrałem się w sobie i musnąłem wargami jego rozchylone usta, a moje łzy ozdobiły obszar na skórze obok nich. Nic mnie już nie obchodziło... zamknąłem powieki i czekałem. Nie wiem właściwie ile godzin minęło, gdy tak obaj leżeliśmy... a ja dzielnie dzierżyłem zaciśnięte pióro w dłoni...

Poczuwszy ruch... momentalnie otworzyłem oczy i co uświadczyłem...? Zamiast mego nosa był tam… dziób?! Ech, gorzej już chyba być nie mogło… czy mogło? Tuż po tym jak mężczyźnie wróciła świadomość, nie wiedząc skąd we mnie tyle śmiałości... przetoczyłem się bardziej na niego i usiadłem nań okrakiem i zacząłem potrząsać za oba ramiona.
Cóż żeś mi uczynił?! Spójrz na mnie! Zamieniam się w jakieś monstrum, czy to normalne?! — nie byłem świadom niczego... dlatego zwaliłem to na niego i domagałem się odpowiedzi teraz, zaraz, natychmiast! Nie pozwolę mu znowu siebie odepchnąć... jeśli on ma rację... nie poddam się, zawalczę o Pana Niedostępnego, choćby mi to miało zająć wieki!

I to mi się podoba, tak jest! Wieki to nie zajmie, zapewniam cię... I wypraszam sobie… jesteśmy bogiem, feniksem o imieniu Suzaku...

I nagle niespodziewanie zaczęły mi się pojawiać jakieś przebłyski ze wspomnień, na razie... mocno rozmazane, przez co byłem dokumentnie zdezorientowany... oby to wszystko niedługo się wyklarowało!

Léonard Blanchar
wiek:24 lat/a
wzrost:174 cm
dzielnica:Bel Air
mów mi:Bianka
No, god please no.
Awatar użytkownika
Prawnik/Szef Mafii
Kancelaria Blanchar
Phoenix Moon
Gwałt, bondage, furry, pedofilia, molestowanie, kazirodztwo, odgrywanie zdrady, czy niszczenia związku, kariery, przesadna brutalność, gdy ktoś odgrywa Mary lub Gary Sue.
Postać to nie ja, pamiętaj o tym.
"Są rzeczy, które trzeba zrobić, i robi się je, ale nigdy o nich nie mówi. Nie próbuje się ich usprawiedliwić. Są nie do usprawiedliwienia. Po prostu się je robi. A potem o nich zapomina."
A odpowiedź na to pytanie była bardzo prosta- ja nie pochodziłem z tego świata. Byłem Aniołem Śmierci, który wędrował po światach zbierając dusze tych, na których przyszła pora. Nie zajmowałem się badaniem i nauką miejsc, w jakich się pojawiałem - nie było mi to potrzebne, jednak teraz było zgoła inaczej. Jednak, Phoenix już o tym wiedział, czyż nie? Przecież powiedziałem mu o tym kilka minut wcześniej. Zanim jeszcze jego bransolety sprawiły, że straciłem przytomność na dość długi czas.

-Przykro?-prowadziłem z nim niezrozumiały dla mnie dialog.-Nie wiem, co znaczy przykro, ale źle się czułem, kiedy wszyscy spoglądali na mnie, gdy było jasne, że Złamałem Boskie Prawo.-dodałem, mówiąc mu przy okazji o tym dziwnym uczuciu, jakie mnie wtedy ogarnęło.-A mnie się wydaje, że za bardzo przejmujesz się tym, co powiedzą inni.-sięgnąłem z góry jabłko, aby je zakosztował, ale to i tak później, nie teraz.-Bo widzisz, łatwiej jest kogoś oceniać przez błędy, niż przez dobre rzeczy.-powiedziałem zgodnie z prawdą.

Patrząc tak na niego, zdawał się być kruchy, nieopierzony, nie rozumiejący tego, w jakim kierunku powinien iść. Chociaż może lepsze byłoby stwierdzenie, że był zagubiony. Tak, zdecydowanie tak. Ciekawe, bo ludzie, z tego co zauważyłem, dość często zdawali się być tacy. Nie rozumiałem tylko, dlaczego?

-A nie pomyślałeś, że może trafiłeś na złe osoby, które były tak sprytne, tak przebiegłe, że nie dało się dostrzec ich prawdziwej natury?-zapytałem, bo te jego przedziwne monologi, to obwinianie się, zaczynało mnie delikatnie mówiąc męczyć.
Chociaż, jeśli miało mu, moje słuchanie pomóc, byłem gotów się poświęcić, a i chyba sprawiałem mu tym radość. Radość, z powodu tego, że ma z kim rozmawiać, że ktoś go słucha. Niby takie proste rzeczy, a jak dla niektórych trudne.
-A powiedz mi, czemu ludzie mają tak wrażliwe i delikatne serca?-zadałem kolejne pytanie, bo coraz bardziej mnie to ciekawiło.
Zwłaszcza, patrząc na Phoenixa, u którego zranione serce, wręcz emanowało bólem i żalem i chyba nienawiścią do tego, co go spotkało.

-Hahahaha!-nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, widząc te jego nadęte policzki i nadąsaną minę.-Myślałem, że pytasz, skąd naprawdę pochodzą.-wyjaśniłem, skąd taka tajemniczość z mojej strony.-Statkiem.-odpowiedziałem zgodnie z prawdą.-Mogę ci go pokazać, jeśl ichcesz.-poruszyłem delikatnie skrzydłami.
One naprawdę się zależały od niekorzystania z nich.
-Ładnie się rumienisz.-pokazałem palcem na jego policzki, nie zdając sobie sprawy z tego, że mogłem go jeszcze bardziej zawstydzić.

Kiedy tak, jeszcze przed utratą świadomości, przed tym, jak jego magia zamanifestowała na moje ograniczniki, kiedy tak stał i zagłębiał się w siebie, przyglądałem mu się uważnie. Zdawał się być nawet urodziwym chłopakiem, ale śmiałbym go nazwać uroczym i słodkim. Tylko, czy to w ogóle mogło zostać użyte w takim znaczeniu? Nie do końca pojmowałem ludzkie postrzeganie miłości, chociaż moja zmarła żona czegoś mnie, w niewielkim stopniu nauczyła, ale nigdy nie potrafiłam czuć tego co ona do mnie.

Uniosłem brew ku górze, słysząc jak mi odpyskował.
-Jesteś bardzo nieokrzesanym młodym człowiekiem.-skwitowałem krótko jego zachowanie, które nijak mi się podobało.-No proszę, proszę dawno nie słyszałem takich słów.-powiedziałem, zwracając uwagę na ostatnie, wypowiedziane przez niego słowa o docenianiu tego, co się ma.
Nawet tego, co drobne i niewielkie, ledwo wielkości ziarnka grochu.
-Ona się z tym pogodziła, ze swoim losem.-rzekłem poważnym tonem.-I to mnie pośród ludzi najbardziej zaskakuje, to, że dzieci, które są na skraju życia i śmierci lepiej niż dorośli akceptują swój los.-dodałem szczerze, jak to się mówi, tak od serca.-Nie przyszedłem wcześniej.-zmarszczyłem brwi.
Co za uparty, mały gnojek był z niego. Mówisz do słupa, a słup jak dupa, jak to kiedyś usłyszałem w jednej z tawern.
-Jakby tak było, to bym już dawno odebrał ci życie i nie rozmawialibyśmy tak spokojnie.-wyjaśniłem raz jeszcze, ale jak znowu zacznie gadać, że przyszedłem po niego, to przysięgam, zdzielę go kosą po tym durnym łbie.
-Uspokój się, napalony na śmierć narwańcu.-strzeliłem mu pstryka w czoło.
Może teraz się uspokoi?

-Odjazd?-uniosłem brew ku górze, nie rozumiejąc co to słowo znaczyło, ale sądząc po jego zachowaniu i minie to raczej był komplement.-A co za problem zobaczyć Feniksa?-no dla mnie to była oczywistość, ale nie dla niego.
O czym ,w tamtym momencie zapomniałem.

-To po co, w ogóle poruszałeś jej temat?-zapytałem całkiem poważnie.
Serio, zaraz mu zdzielę w ten durny łeb. Drąży temat, a potem się wycofuje…Ech, ludzie, ludzie.
-Dlaczego mruczałeś, kiedy głaskałem cię po głowie?- i kolejne pytanie, które pewnie zwali go z pantałyku.-Czy moja bliskość wprowadza cięw dyskomfort?-i następne zapytanie, ale tym razem związane z jego rumianymi, wręcz czerwonymi policzkami.

Kiedy się tak we mnie wtulał, przytulał i czuł, jak mniemam wdzięczność przypomniałem sobie, jak ona uczyła mnie przytulać się. Zrobiłem coś podobnego, ale na pewno wyszło to dość mechanicznie, zwłaszcza głaskanie go po plecach.
-W takim razie udam się do twojego ojca osobiście, razem z tobą.-wyprostowałem się.
Nie rozumiałem, z początku, czemu to powiedziałem, ale jedno ukradkowe spojrzenie na klepsydrę i już wszystko było wiadome - czas jego ojca powoli dobiegał końca i zapewne, Phoenix miał być tego świadkiem.

Powoli układałem sobie w głowie słowa, jakie padały z ust Phoenixa. On naprawdę cierpiał, bo w środku, był dobrą osobą, która co chwila spotykała na swojej drodze zło. Zło skryte pod różnymi postaciami. Nic dziwnego, że tyle było w nim negatywnej energii, powiązanej ze smutkiem…
-Zatem żyj dla siebie, nie dla kogoś.-dodałem, obserwując go, kiedy tak rozpłakał się jak dziecko.
I w sumie, potem mnie pocałował i straciłem przytomność. A te dziwne chmury…czyżby Pride?

Spałem. Teraz to już po prostu spałem i regenerowałem siły. Wszystko mnie bolało, całe moje ciało, skrzydła, do tego okolice ograniczników nadal piekły, ale już nie paliły jak wcześniej. I gdzieś tam, w podświadomości słyszałem jakiś głos, który mnie wołał? A może obwiniał? Nie wiem, ale nie mogłem go dosięgnąć, bo to, co się stało, to jak zadziałały ograniczniki sprawiło, że nie byłem w stanie, przynajmniej na ten moment obudzić się. Mimo, że słyszałem, mniej więcej co działo się dookoła. Ale, tak działały ograniczniki, bo one były karą. Karą za złamanie Boskiego Prawa i ilekroć próbowałem użyć pełni mocy, tak to się skończyło. Więc dałem spokój przyjmując pokutę za grzechy. Jednak one nie odróżniały mojej mocy od cudzej, więc zareagowały jak zareagowały, a ja…będę w tym stanie jeszcze przez dobre kilka tygodni, a to może narazić naszą misję…chociaż może ktoś tam na górze mi pomoże? Jedno było pewne, jeśli nie wrócę następnego dnia…zaczną mnie szukać, a wtedy mój sekret może wyjść na jaw, bo tylko nieliczni w armii wiedzieli kim naprawdę jestem, poza samym Cesarzem rzecz jasna.

Phoenix Moon
wiek:34 lat/a
wzrost:184 cm
dzielnica:Arts District
mów mi:Sarameda Hakte
Awatar użytkownika
Sportowiec & muzyk
To tu, to tam
Léonard Blanchar
Try me. :>
Life is tough, and things don't always work out well, but we should be brave and go on with our lives.
Background Music
Ja tu się produkowałem jak nie wiem, starałem się wyrazić to wszystko, jak dokładnie się czułem i dlaczego miałem takie a nie inne podejście do różnych rzeczy, a on mnie jedynie dobijał i coraz bardziej irytował... Zaczynała się odzywać coraz silniej moja buntownicza natura. Dziwiło mnie wręcz, czemu właściwie tak mnie walnęło przez niego... i dlaczego tak mnie do niego niemożebnie ciągnęło? Dlaczego do cholery musiałem się w nim zakochać...? To przysparzało mi jedynie więcej bólu i kłopotów... a tych i tak miałem na głowie zdecydowanie za dużo. Nadal ciężko było mi uwierzyć w to, iż miałem właśnie do czynienia z istotą niepochodzącą z tej planety, można by rzec kimś nadprzyrodzonym… a jak dotąd takowe zdawały mi się czymś surrealistycznym, a mimo to... stał przede mną, jego skrzydła są prawdziwe, mogłem ich dotknąć... ale nie potrafiłem tego objąć swoim zdezorientowanym do granic możliwości umysłem. Chciałbym zrozumieć, czemu moje zranione serce musiało wybrać akurat jego...? Jednakże... nic z tego nie pojmowałem... najgorsze jest to, że jak na złość z każdą kolejną minutą nasuwało się więcej pytań, niż odpowiedzi...
Nie wiem o czym ty w ogóle mówisz, jakie kurde boskie prawo... i co cię tak dziwi? To normalne mieć takie odczucia... zaiste, to nic przyjemnego... — westchnąłem ciężko, drapiąc się po głowie, bo najwyraźniej dla niego tak banalne pierdoły były czymś dziwnym, a to było coś takiego, czego nie idzie wyjaśnić słowami... bynajmniej ja nie potrafiłem tego odpowiednio złożyć w logiczną całość. Albo inaczej... nie miałem siły mu tłumaczyć czegoś tak prostego, a skoro jest kimś potężniejszym od ludzi, do tego dłużej żyjącym od nich... czy nie powinien posiadać większej wiedzy na różne tematy...? W niektórych aspektach zdawał się być bardziej nieogarnięty niż ja, no doprawdy... — Może i tak… co w związku z tym? Też byś się przejmował, gdybyś... został sam jak palec, bez nikogo kto by cię rozumiał, kto by wspierał... — i w tym momencie zacisnąłem mocniej dłonie w pięści, czując bolesne ukłucie w sercu. Niestety tak się czułem i choć wcześniej miałem gdzieś opinię innych... tak teraz miałem to utrudnione o tyle, że w mgnieniu oka praktycznie każdy się ode mnie odwrócił, zatem... jak miałem dłużej to ignorować? Każdy ma swoje granice... Na kolejne jego słowa jedynie przytaknąłem zgodnie głową, gdyż się z tym zgadzałem, a do dodania nic nie miałem.

Co z tego...? Wystarczy, że odczułem na własnej skórze każdego z nich prawdziwą naturę... może nie od razu, ale dostatecznie dostałem od nich po dupie... zatem co, wychodziłoby na to, iż nie ma już porządnych osób...? A jak już... gdzie ich szukać? — i tu zaczął mnie bardziej drażnić swoimi gadkami, co było jawnie słychać w tonie mojego głosu. Taki mądraliński z niego? Jakbym już nie zdążył się o tym dawno zorientować... tylko co dawała mi ta informacja? Nie zmieniało to zupełnie niczego... i jak niby to miało mnie pocieszyć? Nijak. — Co...? Sam chciałbym to wiedzieć... — prychnąłem, przez chwilę na niego kompletnie nie patrząc, tylko uciekając gdzieś w przestrzeń wzrokiem. — I co cię tak bawi, no słucham?! — tym razem znów przeniosłem te ciemne tęczówki prosto na jego twarz, kiedy to ni z gruszki ni pietruszki zaczął się śmiać, sam nie mam pojęcia z czego! Jeszcze dobitniej się nadąsałem, bo normalnie ten osobnik wytrącał mnie z równowagi! — Statkiem...? Naprawdę, możesz...? Pokaż, proszę! — tym razem spojrzałem na niego błagalnie, takimi lekko świecącymi się oczętami. Kolejne słowo, które pierwszy raz słyszałem... Byłem jawnie zaintrygowany tym czymś, co go tutaj przywiozło, gdyż chwilowo nie byłem w stanie sobie tego nawet zobrazować w swojej wyobraźni!
... — ponownie mnie zatkało; na tyle, by mi język w gardle ugrzązł! Czułem tylko, jak moje już i tak intensywnie rumiane policzki obierają bardziej czerwonych barw... Byłem nieukrywanie zawstydzony... po co mi mówił komplementy, skoro i tak nie wykazywał żadnego zainteresowania mną w ten romantyczny sposób...?

Niemniej jak z jednej strony zrobi coś miłego, tak niespodziewanie wyskakuje z czymś co sprawia, że ręce i nogi mi opadają! Postanowiłem to jakoś sprytnie wykorzystać i uniknąć niezręcznej ciszy, jaka mogła przypadkiem zapaść na dłużej, a jednocześnie zakryć te moje cholerne zakłopotanie...
Pff, świętojebliwiec się kurwa znalazł... — burknąłem, wywracając teatralnie oczyma na jego komentarz odnośnie tego w jaki sposób się wyrażałem i na to, że jestem prostakiem, co ujął niby w łagodniejszej formie, ale wystarczyło, by mnie urazić... Skrzyżowałem ręce na piersi, patrząc na niego z obrazą majestatu. — Nie brzmi to zbyt optymistycznie... — skoro tak dawno takich słów nie słyszał, nie mogło to wróżyć niczego dobrego. Wzruszyłem bezradnie ramionami. Po raz któryś z rzędu z mojego gardła wydobyło się takie zrezygnowane westchnięcie. Boże... widzisz i nie grzmisz! — Co jeśli się nie uspokoję i powiem ci, że... ja również pogodziłem się ze swym losem? — co on się tak uparł do cholery?! Nie będzie mi tu mówił, co mam robić, a czego nie... skoro wie lepiej, to już mu wielokrotnie dałem do zrozumienia, iż sam zaakceptowałem fakt mojej własnej nieuchronnej śmierci, która niebawem nadejdzie, tego byłem bardziej niż pewien! Najwyraźniej musiałem mu to jaśniej podkreślić, w innym wypadku zapewne by nie dotarło...

A dlaczego ty zadajesz tak dużo pytań naraz...? Mózg mnie od nich rozbolał... — skwitowałem tą nagłą falę, którą mnie zasypał, rozdziawiając szerzej usta, mlaszcząc z niezadowoleniem i gapiąc się na niego z wielkim skonfundowaniem, które błyskawicznie pojawiło się na mojej buźce. — Po jajco... — syknąłem przez zaciśnięte zęby odnośnie kwestii związanej z moją blizną. Niech się sam cholernik jeden domyśla, bo ja już nie mam do niego siły! Chciałem jedynie przekazać mu swoją historię, a co z tym zrobi… jego sprawa. Jeśli czegoś nie kapował... nie mój problem. Powiedziałem mu wszystko i wyjaśniłem jak wołu na miedzy, a on w dalszym ciągu nie kumał czaczy. A to, że nie chciałem go zabierać w tym momencie w miejsce, gdzie zakopałem tą dziwną złotą broń... chodziło tu o zaufanie, co podkreśliłem w swojej wypowiedzi, a on zdawał się nie słuchać mnie do końca. Nie powiedziałem, że go NIE zabiorę. Zasugerowałem mu, iż zrobię to, jak sobie nawzajem bezgranicznie zaufamy, a na to bądź co bądź potrzeba czasu...
Nie, to nie tak... wiesz co, nieważne i tak tego nie zrozumiesz... — machnąłem na to ręką, ponieważ moje tłumaczenia są prawdopodobnie bezcelowe... i tak mnie nie pokocha, to po co miałbym wdawać się w szczegóły tego, jakie konkretnie uczucia we mnie wywołał? Nie sprawię w magiczny sposób, że to odwzajemni... chciałbym, by się tak stało, lecz... nie zmuszę go do niczego. Może przez jakiś ułamek sekundy poczułem spotęgowaną determinację, by o niego zawalczyć, aczkolwiek... to wszystko trochę gasło, zaczynałem wątpić, że cokolwiek dobrego mi się przytrafi...
Czyś ty do reszty oszalał? Odradzam. Uważam to za idiotyczny pomysł... — zszokował mnie ów propozycją niezaprzeczalnie, na co natychmiast zareagowałem dezaprobatą. Do mojego ojca można było mówić jak do ściany... i tak nie posłucha nikogo, więc co miałoby dać, że Léoś poszedłby tam ze mną? Na nic by się to nie zdało... — Cudowna rada, wprost fantastyczna! Totalna głupota… — oczywiście na początku wplotłem wyraźnie zaakcentowany sarkazm między zdania, ale żeby nie daj boże znowu czegoś nie przeinaczył, podkreśliłem na koniec co o tym myślę... Jaka to frajda, nie mając nikogo u boku, komu by na mnie zależało w jakimkolwiek stopniu...? Jeśli miałbym żyć tylko dla siebie, nie chcę żyć wcale...
Zanim zdążyłem coś do tego dodać, doszło do serii zdarzeń, które potoczyły się tak prędko, że nie szło za tym wszystkim nadążyć...

Najwyraźniej jedynie zdawało mi się, że on się obudził... mógł się poruszyć przez sen, a ja... na niego nawrzeszczałem w tej pokręconej formie, tkwiąc w przekonaniu, że to przez niego zacząłem się w coś przemieniać! Może podczas pocałunku przejąłem jakąś część jego mocy...? Nie, to również brzmi tak strasznie niedorzecznie... sam już nie miałem pojęcia, co się odpierdalało! Ponadto głos, który mnie nawiedzał, nagle ucichł, przestał mnie nękać... W moim umyśle odbijały się echem o czaszkę głównie trzy wyrażenia...
Suzaku, Bóg Feniksów, Léoś mym przeznaczeniem...
Liczyłem na to, że cokolwiek z tego się wyjaśni... ni chuja. Byłem potężniej ogłupiały. Kilka randomowych obrazów przeleciało mi przed oczami; mogłem przysiąc, iż mignęła mi sylwetka jakiegoś smoka...? I koniec, nic więcej nie wyłapałem... Próbowałem go ocucić, lecz moje wysiłki spływały na niczym.
Nie wiadomo kiedy sam osłabłem, gwałtownie straciłem przytomność cholera wie na ile i upadłem prosto na pierś Anioła Śmierci. Gdy się wreszcie ocknąłem, nic nie miało absolutnie żadnego sensu. Może ja po prostu... miałem mega realistyczny sen? Nie, to nie to... leżałem bezwładnie na Léonardzie do tej pory, a moje ubrania choć nie całkowicie, uległy zniszczeniu i były podarte w wielu miejscach. Czyli to wszystko się wydarzyło, a ja wciąż nic nie wiem...? Zajebiście.
Léoś, błagam, wróć do mnie... — spróbować nie zaszkodziło, choć póki co... nic nie wskazywało na to, że stan, w który wcześniej wpadł prędko się zmieni. Dawno nie czułem się tak bezużyteczny, tak bezsilny... nie miałem bladego pojęcia, co mam robić! Jedyne co, to… po prostu nad nim czuwałem, usiłując coś konstruktywnego wykombinować. Zerknąłem w międzyczasie w lustro, by przyjrzeć się swojej twarzy. Moje oczy... w dalszym ciągu były płomieniste, choć ewidentnie ich kolor był coraz słabszy, jakby bledł, zanikał i na chwilę wracał do oryginalnej czerni, aby znów zmienić się w ogniste barwy... co się ze mną działo...? Nie to jednak było teraz istotne. Poszedłem do swojego tajnego laboratorium, gdzie tworzyłem kolejne lecznicze rośliny z nadzieją, że może któraś z nich pomoże tej pięknej istocie, w której się tak beznadziejnie zakochałem...

I tak oto straciłem rachubę czasu... nie byłem świadom, ile godzin upłynęło, a ja krzątałem się po zamku, to grając coś na fortepianie w celu wywalenia nadmiaru emocji, a to kładłem się obok Léosia i zdarzało mi się go pogładzić po policzku, albo zwyczajnie go obejmowałem... Moja śmierć także się zbliżała nieubłagalnie. Zegar tykał, a dla mnie... wszystko praktycznie traciło już jakikolwiek sens. Te przeklęte tęczówki nie chciały się ustabilizować i tak migotały... Przeniosłem się na podłogę ze swym ostrym mieczem, chcąc ze sobą skończyć, zanim ludzie mojego ojca tu przybędą, poza tym ten tutaj i tak będzie miał mnie gdzieś, nawet jeśli jakoś mu pomogę... Problem tkwił w mojej regeneracji... być może ucięcie głowy byłoby skuteczne, ale ja nie chciałem tak umierać z wiadomych przyczyn... jedyne co mi pozostało, to przebić swoje serce na wylot. Powoli wsunąłem ostrze pod mostkiem, docierając prawie do narządu... czując przy tym potworny ból, aż syknąłem, łzy mi ciurkiem z oczu spływały, ale to wszystko tak mnie przerosło, że chciałem sobie ulżyć znacznie szybciej... Acz jakaś niewyjaśniona siła powstrzymała moje ręce od zadania tego ostatecznego ciosu i zamiast tego... wyciągnąłem zbyt drastycznie broń i odrzuciłem gdzieś w kąt komnaty z głośnym łoskotem jakoś tak odruchowo, jakby coś zrobiło to za mnie... upadłem bardziej na podłogę, kuląc się w kłębek. Nim się obejrzałem, a powstała rana… zniknęła jak każda inna. Wtedy dotarło do mnie, że... faktycznie nie da się mnie zabić?! Ostatnie co mi się nasunęło, to... złoty miecz, który jako jedyny przypuszczalnie mógłby mnie zgładzić. Z tym, że nie chciałem zostawiać tutaj Léosia samego... zatem ta opcja odpadała. Przynajmniej... na razie. Zrobiłem ostatecznie coś, czego bardzo dawno nie robiłem, bo uważałem, że to nic nie daje... zacząłem się modlić sam nie wiem do kogo. Uklęknąłem przed łożem cały zapłakany, kładąc ręce na pościeli i resztkami sił mentalnych jakie mi pozostały, zwróciłem się do wszechświata, czy czegokolwiek tam na górze, by dostać jakieś wskazówki, cokolwiek, bym mógł na coś się przydać, coś konkretnego zrobić... tak zdesperowany już byłem.

Léonard Blanchar
wiek:24 lat/a
wzrost:174 cm
dzielnica:Bel Air
mów mi:Bianka
No, god please no.
Awatar użytkownika
Prawnik/Szef Mafii
Kancelaria Blanchar
Phoenix Moon
Gwałt, bondage, furry, pedofilia, molestowanie, kazirodztwo, odgrywanie zdrady, czy niszczenia związku, kariery, przesadna brutalność, gdy ktoś odgrywa Mary lub Gary Sue.
Postać to nie ja, pamiętaj o tym.
"Są rzeczy, które trzeba zrobić, i robi się je, ale nigdy o nich nie mówi. Nie próbuje się ich usprawiedliwić. Są nie do usprawiedliwienia. Po prostu się je robi. A potem o nich zapomina."
Czy pamiętałem rozmowę z Phoenixem nim straciłem przytomność? A i owszem. Czy wiedziałem, co się działo dookoła mnie, kiedy byłem nieprzytomny niestety nie. Jednak ten stan był o tyle dobry, że mogłem się w końcu, duchowo porozumieć z jednym z nas. A dokładniej z Gabrielem, który akurat miał wolne, powiedzmy.

-Ściągnąłeś mnie…w jakim celu?-widziałem po jego minie, kiedy tak siedzieliśmy na zielonej trawie pod drzewem iż nie był zadowolony z tego spotkania.
-Spotkałem na Ziemi kogoś, kto wpłynął na moje bransolety.-wyjaśniłem i przeczesałem czarne włosy.
-Co takiego?-Gabriel uniósł brwi ku górze, a jego niebieskie oczy zrobiły się nieco większe niż zazwyczaj.-Przecież to niemożliwe. Te bransolety mogą reagować tylko i wyłącznie na tego, na którego zostały nałożone.-wskazał na wspomniane przedmioty.
-No właśnie.--rozmasowałem kark.-Poza tym, jestem pewien, że wyczułem Pride’a.-skrzywiłem usta w grymasie.-Jeszcze tego skurczybyka tutaj brakowało.-prychnąłem.
-Pride? Ale co Pride by tutaj robił?-Gabriel zmarszczył brwi.

Poruszał nerwowo białymi skrzydłami.

-Dobre pytanie…-spojrzałem przed siebie, na jezioro, które pamiętałem z czasów dzieciństwa.-...ale obawiam się, że to może mieć związek z ostrzem, które ma ten dzieciak.-zmartwiłem się.-Chłopak wspominał o jakimś ostrzu, po którym ma bliznę, a ta z kolei nie chce się uleczyć.-wyprzedziłem jego ewentualne pytania.-I nie, nie wiem gdzie jest, ani jak wygląda.-dodałem.
-Samaelu,jesteś pewnym tego co mówisz?-Gabriel wstał i wyprostował się.
-Uwierz mi, że tak jestem.-sam wstałem.-Ten chłopak, on jest jakiś dziwny. Do tego chyba się we mnie zakochał.-rozmasowałem nasadę nosa.-Jeszcze do tego brakuje mi jakiegoś dzieciaka kręcącego się pod nogami z powodu głupiej miłostki.-westchnąłem głośno i stanąłem przodem do Gabriela.-Nie wiem, co mam robić.-przyznałem.-Zauroczył się mną, czy raczej w mojej ludzkiej powłoce, wcieleniu, które po ukończeniu zadania będę musiał porzucić, aby iść dalej.
-Pokazałeś mu się, prawda?-Gabriel uniósł jedną brew ku górze.-Sądząc po twojej minie, tak. Na litość boską Samaelu! Jeszcze się nie nauczyłeś?!-złapał mnie za ramiona.-Czyś ty rozum do reszty stracił?! Chcesz, żeby Najjaśniejszy ukarał cię jeszcze bardziej!?
-Nie wiem, gdzie mam rozum Gabrielu.-przyznałem otwarcie, a on był zaskoczony moim zachowaniem.-Z jakiegoś powodu czułem, że mogę to zrobić i chyba naiwnie myślałem, że wtedy sobie odpuści te miłosne gadanie, ale jak widać tylko pogorszyłem sprawę.- zamlaskałem.
-Najlepiej będzie, jeśli wyczyścić mu pamięć. Dla jego własnego dobra.-Gabriel zabrał dłonie z moich ramion.-Uwierz mi. Tak będzie najlepiej.

Wiedziałem, że ma cholerną rację, ale czy to naprawdę był dobry pomysł? Nie do końca byłem do tego przekonany.

-Léoś!? Słyszysz mnie?! Obudź się, proszę... nie chciałem cię skrzywdzić…odwróciliśmy się, kiedy dotarł do nas zmartwiony głos tego chłopca.
-Nie patrz tak na mnie, bo sam jestem zdziwiony tak samo jak ty…-powiedziałem do Gabriela.
-Cóż żeś mi uczynił?! Spójrz na mnie! Zamieniam się w jakieś monstrum, czy to normalne?! - i znowu krzyk tego chłopca.
Nie rozumiałem co się działo? Czemu ja miałbym go skrzywdzić? A może to nie o mnie chodziło?
- Léoś, błagam, wróć do mnie..-kolejne słowa, jakie do mnie, do nas dotarły w jakiś sposób uderzyły mnie.
-Samaelu nie. Nawet o tym nie myśl.-Gabriel pogroził mi palecm.-Jak tylko się obudzisz, masz mu natychmiast wyczyścić pamięć o swojej osobie jasne?-wiedziałem, że to był rozkaz, a nie prośba.
Tylko, czy mogłem go wykonać?


Otworzyłem powieki. Ciało było takie jakieś ciężkie, ale bardziej skupiłem się na szlochaniu, jakie dotarło do moich uszu.
Odwróciłem lekko głowę, aby zobaczyć, czy to był on i owszem to był on. Phoenix modlił się. Za mnie? A to dopiero dobry żart. Chciałem dotknąć jego głowy, ale wycofałem się z tego zamiaru.

-Phi!-prychłem, aby wiedział, że już nie śpię.-Pierwszy raz widzę, żeby ktoś modlił się za anioła.-spojrzał na sufit.-Jak długo byłem nieprzytomny?-zapytałem, podnosząc się do pół siadu.
Szybko jednak tego pożałowałem, gdyż zakręciło mi się w głowie, a ja upadłem na łóżko. Dotknąłem swojego czoła wykrzywiając usta w grymasie.
-Cholera jasna.-syknąłem.-Powinienem już wrócić do obozu, bo będą mnie szukać…-robiłem wszystko, aby pokazać, że jestem chłodnym dupkiem, dla którego liczy się tylko własny czubek nosa.

Zamierzałem pokazać mu, że nie mam uczuć, może wtedy odechce mu się tych miłosnych zagrywek? Chociaż, sam nie byłem pewien, czy tego naprawdę chciałem. Od bardzo wielu lat, był w końcu ktoś kto chociaż częściowo akceptował mnie tym kim byłem, ale co będzie jak się dowie, jaki sekret skrywałem? Co wtedy zrobi? Nie chciałem tego wiedzieć.

Póki co, jak widać byłem skazany na łóżko! Niech to szlag jasny trafi!

Phoenix Moon
wiek:34 lat/a
wzrost:184 cm
dzielnica:Arts District
mów mi:Sarameda Hakte
ODPOWIEDZ

Wróć do „alternate universe”