ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
komponuje muzykę filmową
gdzie się da
W trakcie realizacji
Niszczenie ludziom dobrej zabawy oraz myślenie, że słowa w poście są moje a nie mojej postaci
Muzyka nie jest w nutach, ale w ciszy pomiędzy dźwiękami
@Thomas Monroe fit
Brytyjscy pisarze końcówki XIX wieku od zawsze stanowili konkurencję dla tych francuskich. Głównie światopoglądową oraz w walce o wpływy na nurty literackie całej Europy. Będąc tym wielce zażenowanym, muzyk rozważał otworzenie książkowego prezentu, aby sprawdzić czy nie kryje się w nim dedykacja przeznaczona wyłącznie dla jego oczu. Zasiadł na ziemi naprzeciw swojego fortepianu, otwierając drugą dziś butelkę czerwonego wina. W rękach obracał karteczkę z propozycją spotkania się po 8. Bez żadnych smsów, telefonów czy aplikacji randkowych dla celebrytów. Brzmiało to jak liścik wyciągnięty wprost z dawnych romansów. Pełen namiętności, intrygi oraz oczekiwania na odpowiedź. Chociaż sam Francuz tejże udzielić nie mógł. Został zamknięty w swoich czterech ścianach z lichą karteczką i pozostała mu jedynie decyzja do podjęcia. Wyjście z domu, a przed tym przydałoby się coś na wzięcie prysznica albo odnalezienie czystych ubrań w szafie. Od czasu sprawy rozwodowej gospodyni tutaj nie zaglądała, a brunet nie miał ostatnimi czasy maniery do dbania o czystość czegoś poza okolicy swojego instrumentu.
  - Pierdolę tego chuja - zgniótł swój jakże romantyczny liścik, podnosząc się z podłogi. Oblał koszulę winem, widząc już na nim plamę, której nigdy nie wybieli. Wielka strata. Jednak przy tym wszystkim Alan zdobył się na prysznic. Niekoniecznie zmywający z niego smutek czy smród kilkudniowej libacji. Zamówił limuzynę, aby dojechać do baru z widokiem na plaże. Z auta wysiadł, dzierżąc dumnie kieliszek w ręku.
  Wyczekiwał. Tyle mu pozostało na ten moment. Łaskawie czekać aż sekundy nieubłaganie minął i zjawi się powiernik swojej karocy, aby wskrzesić romanse z kart największych francuskich powieści. I kimże byłby człowiek gdyby nie realizatorem beletrystyki? Zapewne smutnym zlepkiem nerwów. Przynajmniej tak czuł się Hobart: ani bez ochoty do czytania książek, ani do radzenie sobie z własnym smutkiem. Wyłącznie aby o tym nie myśleć, od razu wsiadł do najeżdżającego auta, w którym zobaczył Thomasa.
  - Zabierz mnie na przygodę - zostawił za sobą kieliszek z winem i huk zamykających się drzwi. Zapiął pasy. Założył na ręce na siebie. Znów czekał, ale tym razem nie wiedział na co. I przynajmniej czuł, że jest już mniej smutny. Chociaż kiedy spojrzał w stronę kierowcy, znów zgubił się w mentliku ostatnich tygodniu. Jednak teraz z nadzieją na koniec czarnych dni. A mieniła się ona w kolorze samochodu, której marki Alan nawet nie znał.
wiek:45 lat/a
wzrost:189 cm
dzielnica:Calabasas
mów mi:Dorek
Awatar użytkownika
zawód postaci
miejsce pracy
partner
triggery
In Los Angeles, everyone is a star
Lyonel Jack Davis
Lyonel Jack Davis
ft. Trey Griley
16.12.1976 || Kalifornia
zero to hero
zawód i miejsce pracy:
dziennikarz, freelancer, redaktor w la times
środek komunikacji:
słuzbowe auto, Hayabusa
Posiadane nieruchomości:
Posiadłość przy przy Sunset Plaza Drive (mulholland residential)
ubezpieczenie:
Prestige
choroby i alergie:
krótkowzroczność, deuteranopia, skłonność do hazardu i zachowań ryzykownych
przyjmowane leki:
za młody na to
uzależnienia:
rozgłos, sława, adrenalina, luksus
orientacja seksualna:
bi
zaimki:
osobowe
informacje
Dziennikarz, którego kariera zwykle przybiera rumieńców, gdy w tle rozgrywa się jakiś romans lub skandal, w którym pan Davis odgrywa, nawet jeśli nie pierwszoplanową, ale jakąś dość istotną rolę. Znany głównie ze swoich złych wyborów i znajdowania się w niewłaściwym miejscu, nie właściwym czasie i z niewłaściwymi ludźmi niż z lotnego pióra i trafnych ripost, choć nigdy nie brakowało mu talentu i dziennikarskiego nosa. Może jedynie zabrakło trochę szczęścia. Może cierpliwości. Splotu zbiegów okoliczności, które wywindowały by go na nieco lepsze miejsce łańcucha pokarmowego. Jego kariera została zaprojektowana przez pana Tito i rozkwita tylko wtedy, gdy pan Tito tak powie. Po piętnastu latach usilnego stawiania się okoniem, Davis w końcu przestał próbować z tym walczyć kończąc na krótkiej smyczy architekta swojego sukcesu i wypełniając posłusznie mniej lub bardziej zrozumiałe instrukcje.
Jedną z takich niezrozumiałych dla niego instrukcji było nawiązanie znajomości z Alanem. Lyonel wiedział, że i tym razem nie odbędzie się bez skandalu.. i jak zwykle nie wyjdzie na tym źle… finansowo.
ciekawostki
★ oczy: szaro-zielone ★wzrost: 185 cm ★ 3-krotnie rozwiedziony ★ bohater wielu skandali, zwłaszcza obyczajowych
historia
w Los Angeles jestem od:
10 lat
wykształcenie:
dziannikarstwo na Uniwersytecie Kalifornijskim
walk of fame:
Znany głównie ze swoich złych wyborów i znajdowania się w niewłaściwym miejscu, nie właściwym czasie i z niewłaściwymi ludźmi niż z lotnego pióra i trafnych ripost, choć nigdy nie brakowało mu talentu i dziennikarskiego nosa.
kariera zawodowa:
dziennikarz, redaktor w la times
lubię:
dobre wino, 12-letnią whisky, czarną kawę, kubańskie cygara, filmy Hitchcock’a, ścigacze
nie lubię:
działaczy na rzecz środowiska, imprez charytatywnych, dzieci, pomysłów pana Tito, jego niespodziewanych próśb i zleceń; telefonów po pijaku o 2 A.M.
dodatkowe
MÓW MI LJ
KONTAKT :)
PISZĘ 3 os.

Alan Hobart to be continued..
wiek:99 lat/a
wzrost:200 cm
dzielnica:bezdomny_a
mów mi:Angelenos/PW/DC
brak multikont
Awatar użytkownika
zawód postaci
miejsce pracy
partner
triggery
In Los Angeles, everyone is a star
Polecenie pana Tito było lakoniczne i nadeszło niespodziewanie. Lyonel znalazł je jak zwykle w kopercie z papieru czerpanego zaadresowanej w sposób jak poprzednie koperty, których treść była początkiem równi pochyłej prowadzącej go w samo centrum skandalu. W miejscu dla adresata, wykaligrafowany czarnym, niczym bezgwiezdna noc atramentem, dla redaktora Davis’a z niedbałym dopiskiem do rąk własnych wieszczył kolejny upadek moralny, szum medialny i dopływ gotówki. Dokładnie w tej kolejności. Serce zabiło mocniej, na dopływ adrenaliny. Mimo iż Lyonel nie lubił tych listów, jego ciało reagowało na ten rodzaj zagrożenia całkiem odmiennie niż świadomy umysł.
Davis, krótko mówiąc - nie był zachwycony znaleziskiem. Wyciągnął z biurka butelkę 12-letniej whisky i nalał sobie nieco ponad pół szklanki. Zwykle rozkoszowałby się smakiem trunku, leniwie rozlewającego się po gardle. Zwykle, tymczasem opróżnił szklankę w kilku szybkich łykach. Chwycił za rzeźbiony nożyk do otwierania listów, który wydarł drugiej żonie w ciągnącej się miesiącami sprawie rozwodowej, gdzie każdy element wspólnego majątku został skrupulatnie dzielony przez sąd, co do spinek od mankietów. Drżącą ręką rozdarł kopertę. W środku znalazł wycinek artykułu z plotkarskiej prasy na temat rozwodu Alana Hobarta. Tytuł i autora. Czystą kartkę. Kilka innych wskazówek. Pan Tito nigdy nie był precyzyjny w swoich oczekiwaniach, zawsze kazał mu zgadywać. Czasem Lyonel zastanawiał się czy rzeczywiście żąda od niego aż takich poświęceń, ale wówczas dotkliwie zrozumiał, że nikt nie pozwolił mu wątpić.
Znowu przyjdzie mu upadać tak nisko, a tylko marzył o karierze redaktora w szanowanym dzienniku. Dostał tą posadę. Cieszył się z niej. Tylko nikt nie wie jaką cenę zapłacił i jak kosztowne są nadal spłacane odsetki.
Mógłby mu odmówić. Mógłby, ale wtedy znowu pan Tito wskazałby mu właściwe miejsce w szeregu. Za bardzo przyzwyczaił się do opływania w luksusy. Za bardzo przez te lata wyzbył się skrupułów, godności i sentymentów. W starciu ja albo oni wybór był jedynie właściwy.
Zamówił powieść, którą jeszcze po południu dostarczono mu do biura i nakreślił coś na tyle intrygującego, co niezobowiązującego, że znając naturę człowieka - Alan musiał połknąć haczyk. Schował list między kartami książki i polecił sekretarce - zapakować. Chwilę później książka była w dalszej drodze do Hobarta.
Nie obiecywał sobie zbyt wiele po tym pierwszym podejściu, chociaż ten złamas Tito zdawał się doskonale znać ludzi.

Czerń zawsze wyglądała elegancko. Tak samo jak skrojone na wymiar garnitury czy szyte na zamówienie koszule. Davis lubił luksus, a luksusowe rzeczy wydawały się być stworzone dla takich jak on stanowiąc jakby drugą skórę. Mimo, iż nie spodziewał się doczekać na Alana, wyszykował się na to spotkanie, jakby jeszcze chwilę wcześniej jego obecność została potwierdzona. Niechętnie i z ociąganiem wchodził w tą rolę. Zbyt długo zamyślając się nad planem, gdy palec wskazujący kolejny raz naciskał dozownik perfum. Podrażnione zbyt intensywnym zapachem nozdrza dały mu znak, by przestał. Odkaszlnął. Przejechał jeszcze wilgotne włosy jakimś utrwalaczem, którego pozostałość zmył z dłoni. Spojrzał na odchodne w lustro i pokiwał do siebie z dezaprobatą. Nie podobał mu się ten plan, w przeciwieństwie do tego, co zobaczył w lustrze. Tym bardziej nie podobał mu się plan, że odrobił pracę domową. Odrobił ją dość skrupulatnie.

Za pięć dwudziesta usiadł przy barze i zamówił alkohol.

Alan Hobart
wiek:99 lat/a
wzrost:200 cm
dzielnica:bezdomny_a
mów mi:Angelenos/PW/DC
brak multikont
Awatar użytkownika
komponuje muzykę filmową
gdzie się da
W trakcie realizacji
Niszczenie ludziom dobrej zabawy oraz myślenie, że słowa w poście są moje a nie mojej postaci
Muzyka nie jest w nutach, ale w ciszy pomiędzy dźwiękami
Wysiadając z auta brunet poczuł się dość dziwnie. Jakoby postawienie nogi za krawędzią drzwi, przeniosło go w inny wymiar. Rzeczywiście, muzyk uczuł jak gęstość jego rzeczywistości się zmienia, jego organizm nieco wariuje, zaś sam błędnik przeżywa potężne wariacie i nie wie, w którą stronę się skierować. Wiatr wiał jedyny na Alana, który zrobił trzy pierwsze kroki w przód z niepewnością noworodka i stanął na krawężniku ze strachem samobójcy, który chce skoczyć w głąb wysokiego klifu. Zachwiał się po raz ostatni i ze szczęściem ślepej kury odnalazł drogę do baru.
  Zaś po tym nieznacznym incydencie działo się lepiej. Hobart odzyskał pewność siebie w chodzie na tyle wielką, że przeszedł wzdłuż ulicy, ignorując każde jadące auto. Jednemu kierowcy posłał nawet wrogie spojrzenie jakoby pierwszeństwo samochodu na dwupasmówce istniało jedynie w dawnych przypowieściach, a obecnie Alan jest półboskim wybrankiem, który może przemierzać asfalt bez ograniczeń.
  Wpakował się do baru, w którym przejście przez drzwi znów zdawało się zmienić rzeczywistości. Na wejściu brunet odwrócił twarz, aby nikt nie ujrzał wyrazu twarzy, w który właśnie uderzył tydzień libacji i nachalnie zmierzająca w jego stronę starość. Oraz grawitacja, ona bardzo uderzyła w stan Hobarta, którego kolejne kroki wymagały solidnej wewnętrznej walki. Dobra, bo chyba za dużo skupiania się na tych dziwnych krokach w tym krótkim wycinku rzeczywistości.
  - Czyżbym trafił na najlepszą dupę w barze? - Zapytał bez ogródek, dosiadając się na stołek obok Lyonela. Nawet nie uraczył mężczyzny spojrzeniem, a słowa zdawała się dominować kurtuazja niżeli flirciarska szczerość. Alan bardzie zaaferował się barmanem, którego poprosił o czerwone wino. I jakże był w szoku, kiedy dostał kieliszek a nie butelkę.
wiek:45 lat/a
wzrost:189 cm
dzielnica:Calabasas
mów mi:Dorek
Awatar użytkownika
zawód postaci
miejsce pracy
partner
triggery
In Los Angeles, everyone is a star
Lyonel wydał się nie zwracać uwagi na to, co się dzieje wokół niego. Nie wyczekiwał nerwowo spoglądając w kierunku wejścia, ani nie odwracał się na nieznaczny szmer. A jednak wejście Alana do wnętrza lokalu nie umknęło jego uwadze. Dał mu chwilę, żeby się zaaklimatyzował, ale nie trzeba było długo czekać, by to Hobart uderzył w gadkę.
- W barze? - uniósł brwi niedowierzania. - Alanie, nie tylko w barze, ale w całym L.A. - sprostował nieskromnie, uśmiechając się przy tym szeroko. - Lyonel Davis - wyciągnął rękę. - Widzę, że postanowiłeś skorzystać z mojego zaproszenia.- przemieszczał kostki lodu we wnętrzu szklanki niedbałym ruchem ręki. Bursztynowy płyn obmywał lodowe kwadraty. Ciekawił go powód pojawienia się Alana (bo nie spodziewał się go dziś zobaczyć), ale mierząc go swoim spojrzeniem stwierdził, że to była zasługa miejsca i faktu, iż był zwyczajnie niedopity. Tym bardziej, że rozczarowanie wynikające z niewielkiej ilości trunku nie umknęło jego uwadze, a i cały stan wyznaczonej ofiary nie pozostawiał wątpliwości, że sukces swój zawdzięczał alkoholowi….a właściwie jego brakowi. Zawdzięczał go w znacznym stopniu promilom.
- Liczyłem co prawda na coś innego, ale…- odstawił bez wahania szklankę na blat baru i zaczął się zbierać. - równie dobrze możemy zacząć z innego pułapu. - wstał i nachylając się nad jego uchem szepnął. - Znam miejsce, gdzie mają więcej i to znacznie lepszego towaru.- przejechał dłonią wzdłuż ramienia Hobarta, po czym zaplatając swoje palce o jego pociągnął go za rękę w stronę wyjścia. Zostawił mu chwilę na dopicie wina. Nie można było przecież pozwolić szkłu się męczyć. Nie zostawił mu jednak możliwości odmowy, bo po co?

Alan Hobart
wiek:99 lat/a
wzrost:200 cm
dzielnica:bezdomny_a
mów mi:Angelenos/PW/DC
brak multikont
Awatar użytkownika
komponuje muzykę filmową
gdzie się da
W trakcie realizacji
Niszczenie ludziom dobrej zabawy oraz myślenie, że słowa w poście są moje a nie mojej postaci
Muzyka nie jest w nutach, ale w ciszy pomiędzy dźwiękami
Wielce melodyjny, na wskroś oceniający śmiech wydobył się z płuc muzyka. Ten nie pamiętał, kiedy ostatnio tak szczera radość wydarła się na światło dzienne z jego gardła. Przez moment nawet bar stał się znośnym miejscem, a słońce za zewnątrz zdawało się bardziej różowe niżeli chwilę wcześniej. Miło przy kimś odczuwać szczątki dawnej radości. Nawet jeśli wywołuje to euforia poznania kogoś nowego.
   - Tak - przyznał z pysznym uśmiechem skierowanym w stronę swojego kieliszka. - Może gdyby Clooney nie żył - wzruszył ramionami, po czym od razu zobojętniał na ten temat. Przecież to jedynie twarz, która niekoniecznie świadczy o czymkolwiek. Jeszcze kiedyś. gdy Alan zaczynał karierę to pretty privilege coś znaczył.
  Brunet z wymowną niechęcią uścisnął dłoń mężczyzny, posyłając mu służbowy uśmiech. Zaś kiedy jego delikatna dłoń pianisty zakleszczyła się w paskudnym, męskim uścisku (kto w ogóle coś takiego wymyślił?!) brunet subtelnie zeskoczył z barowego stołka, podsuwając się do twarzy nowo zapoznanego Lyonela. Ciepłym oddechem omiótł ucho mężczyzny, wolną ręką subtelnie pogładził jego plecy. - Niektórym nie można odmówić - oznajmił słodko-gorzkim głosikiem.
  Alan dał się porwać dziennikarzowi równie łatwo, co czterolatek kuszony skinem do Fortine'a. A po przejściu kilku kroków stanął jak wryty w ziemię. Mina mu posępniała, a nagły przypływ serotoniny przepadł w nieznane.
  - Doszło do mnie, że zabierasz mnie doLangwedocja-Roussillon - wszak jeśli nie do francuskich regionów winiarskich to gdzie Alan mógłby wybyć, aby bawić się lepiej? I to z lepszym towarem? Ewentualnie skusiłby się na podróż do Mołdawii.
wiek:45 lat/a
wzrost:189 cm
dzielnica:Calabasas
mów mi:Dorek
Awatar użytkownika
zawód postaci
miejsce pracy
partner
triggery
In Los Angeles, everyone is a star
Uśmiechnął się pod wąsem. W niezbyt dobrze krytym rozbawieniu wydawał się być zupełnie wyluzowany i pewnie nawet tak było. Juź nawet cisnęła mu się riposta, subtelnie drżąc na ustach. Odeszła jednak bezgłośnie w niebyt. Skoro temat skonał, nie widział potrzeby, by go wskrzeszać. - Z aktorami kiepsko ci wychodzi. Wybiję ci z głowy tego Clooneya. - zatrzymał te słowa dla siebie, jak zwykł to robić, gdy tak bywało lepiej dla sprawy.
Nie zrażał się tymi drobnymi porażkami, które napotykał na drodze do zdobycia jego zainteresowania, a których status całym sobą artykułował Hobart, dając mu tym samym do zrozumienia, że znosi jego obecność.. no właśnie. T y l k o znosi, ale właściwie d l a c z e g o ? To było zastanawiające. Może tak właśnie bywało między facetami w ich wieku. Zbyt wiele rozczarowań nie wzbudza kolejnych fal ekscytacji z każdą nową znajomością, ale nie pozwala też definitywnie powiedzieć spadaj. Droba ciekawość i ledwie tląca się nadzieja, że jednak może jeszcze czeka na człowieka coś dobrego. Jakaś nieodkryta nieznana, którą należało by poznać i oswoić. Rozumiał tą niechęć. Sam pewnie też nie bardzo przejawiał entuzjazm w zwyczajowym, codziennym życiu i wobec ludzi, których tam spotykał. Każdy jednak był łasy na zainteresowanie drugiego człowieka, zwłaszcza gdy życie traktowało nas ostro zabierając szczęście, w które inwestowaliśmy latami. Zwłaszcza, jeśli był artystą. Ci wiecznie potrzebowali atencji i uwielbienia. Bez tego zdawali się blednąć i zanikać. Alan właściwie, jak wydawało się Lyonelowi, zaczynał niejako odżywać. Coraz mniej przypominał przegranego człowieka. Zabawne, że czasem wystarczyło człowieka zwyczajnie wyciągnąć z domu.
Moment zatrzymania, również i jego powstrzymał przed wykonaniem kolejnego kroku. Zatrzymał się i natychmiastowo odwrócił w stronę bruneta, gotów go przytrzymać, gdyby grawitacja zapragnęła pochwycić Alana w swoje objęcia.
- Myślę, że jak dobrze poszukamy, to Langwedocja-Roussillon znajdzie się na miejscu. - zaśmiał się przybierając dość pobłażliwy ton.
- Na początek mój dom musi wystarczyć. - ciężko by było nazwać ten ton przepraszającym, chociaż pewnie z założenia miało to tak zabrzmieć. - Ale kto wie, może następnym razem przełamiesz moją niechęć do podróży do Europy. - powiedział to tak, jakby faktycznie pomniejsze kraje nie wymagały poznania ich nazw chowając się za linią kontynentu. Właśnie to zaakcentował, jakby samą niechęć do opuszczania stanów chciał tym samym w jakiś sposób ukryć na widoku.
- O, proszę i nasza taksówka. - która nie była taksówką tylko całkiem elegancką limuzyną z przesadnie przebranym, dostojnie wyglądającym szoferem. Lyonel czasem nie wiedział, na czym poprzestać.

Alan Hobart
wiek:99 lat/a
wzrost:200 cm
dzielnica:bezdomny_a
mów mi:Angelenos/PW/DC
brak multikont
Awatar użytkownika
komponuje muzykę filmową
gdzie się da
W trakcie realizacji
Niszczenie ludziom dobrej zabawy oraz myślenie, że słowa w poście są moje a nie mojej postaci
Muzyka nie jest w nutach, ale w ciszy pomiędzy dźwiękami
Gdybyśmy mieli do czynienia z ekspertem względem mowy ciała to z łatwością ocenilibyśmy ocenili zawahanie bohatera urywku tejże historii. Nogi zdystansowane, wielce niechętne do postawienia kolejnego kroku w strachu przed tym, iż spacer doprowadzi je do zguby, kiedy lędźwie głośno domagały się wejścia na drogę ku komnacie największych grzeszników. Głowę zawieszono nad lewym ramieniem, co mogło niejako przypominać okrzyczane szczenię. Bądź - bardziej aktualnie - menela, któremu ktoś kopnął puszkę z drobniakami na gorzałkę. Dwie równie smutno sytuacje, z zupełnie różnych powodów.
  - Tu nie ma takich miejsc... - wyznał głosem dziwnie miałkim i gaszącym się w każdym słowie. Nawet Alan poczuł jakby każdy, pojedynczy dźwięk wydobyty z jego ust niósł w sobie gorycz dogasającego bezpańsko papierosa w otoczeniu brudnych, chodnikowych kafli. Problem Ameryki jest taki, że ona jedynie odtwórczo starała się udawać Europę a swą własną brzydotę zalepiła kiczem oraz dobrym marketingiem. To się w życiu ceni.
  - Gdybym ja tak powiedział to myślałbym jedynie o nagich sonetach na fortepianie - rzucił półżartem, śmiejąc się do samego siebie. Francuz doceniał te abstrakcyjne chwilę, które wykańczały ciało używkami zaś karmiły duszę czymś nader metafizycznym, sytuacjami, które mają znaczenie jedynie dla określonych jednostek, w określonym czasie a te nie wydarzyłyby się, gdyby różne temperamenty nie zgrały się we wspólnym akordzie abstrakcyjnego uniesienia. Alan lubił oddawać się chwili, kiedy te mogły na niego czekać za rogiem, bądź w cudzym domu.
  Niemniej jasno postawił sobie zasady w głowie: wyjdzie, jeśli tylko zobaczy gitarę klasyczną albo puste półki z książkami. No, ewentualnie, Lyonel mógł mieć przy łózko powieści Piotra C., a wtedy Alan wyszedłby z jego posiadłości w ciągu kolejnej minuty. Nawet jeśli miałyby to być drzwiczki dla psa.
  - Zapraszam - uczuł się wielce zobowiązany, otwierając przed swoim towarzyszem drzwi. Tym samym gestem dłoni powstrzymał szofera przed brutalną myślą zabrania mu tej małej kurtuazyjnej przyjemności. Od czasu rozwodu Hobart starał się pamiętać, iż nie jest już czyimś oczkiem w głowie i o ludzi wokół należy się postarać. Co jest wielce brutalną myślą, która wielce mu nie pasuje. - Mam nadzieję, iż wykupiłeś Luwr bądź mieszkasz w okolicy równie sztampowej, co Prowansja - zaznaczył twardo, sytuując się na twardych siedzeniach większego samochodu.
wiek:45 lat/a
wzrost:189 cm
dzielnica:Calabasas
mów mi:Dorek
Awatar użytkownika
zawód postaci
miejsce pracy
partner
triggery
In Los Angeles, everyone is a star
- Mylisz się.- zapewnił siląc się na bardzo powazną minę, pasującą do tego jakże poważnego stwierdzenia. - Takich miejsc jest bardzo wiele, ale rozumiem, że pojemność w jaką je butelkują może się wydawać niewystarczająca. - pod koniec niemal wybuchnął, bo tak rozbawił go własny żart. Prawda była jednak taka, że Lyonel był za trzeźwy jak na zrobionego już całkiem nieźle Alana… i zbyt luźnych skojarzeń się chwytał niż dosłowny Hobart. Może właśnie przez to, to spotkanie jeszcze bardziej go bawiło. W jakiś sposób (mimo tego, że przede wszystkim był dziennikarską gnidą), to jednak w jakimś niewielkim stopniu również artystą. Upajał się doborem słów, które mogły mieć co najmniej dwa znaczenia i takie rozmowy na kilku poziomach abstrakcji stanowiły jego ulubiony rodzaj rozrywki.
- Chciałbym je zobaczyć. - uśmiechnął się nieco prowokacyjnie. Nie sądzę jednak, by faktycznie ciekawiły go nagie sonaty czy sonety…czy raczej ich twórca i sama wizja kryjąca się za tymi słowami. Właśnie w tym momencie zainteresował się szczerze.
Gdyby tylko miał wgląd w czerwone flary, które Alan uważał za ostrzeżenia przed kontaktem z ludźmi… parsknął by śmiechem, że nie zauważył tych podstawowych, które powinny ostrzec go przed Davisem zanim natrafiła się możliwość zlustrowania jego domu.
Bez protestu wsiadł do auta, skutecznie kryjąc rozbawienie. Kto by pomyślał, że muzyk jest aż takim kozakiem. Ciekawiło go, co za impuls kazał mu zadziałać właśnie w ten sposób.
- Myślisz, że nadal mógłbyś mnie tu spotkać, gdybym był właścicielem Luwru? Zainteresowałbym cię, gdybym był kalką ciebie i nie miał nic nowego do dodania? - pokiwał głową w jakiś sposób starając się dać mu do zrozumienia, że jeszcze przed nimi wiele niewiadomych i fascynujących przygód. Nie spodziewał się, że spotkanie z Hobartem może przybrać tak ciekawy kierunek. Ani tego, że tęsknota za ojczyzną może być tak wszechwyłażąca z każdego najluźniejszego i neutralnego tematu. Nie bardzo rozumiał tą fascynację miastem, które usytuowane było gdzieś na zadupiu Europy. Może dlatego, że goszcząc tam kilka lat temu miejsce to odarli go z odczuwania tej magii obdarzając tym, co znane jest pod pojęciem syndromu paryskiego.
- Ale jeśli marzy ci się noc w muzeum - Lyonel był nie najgorszym negocjatorem i właściwie lubił sprowadzać do tego pułapu dyskusje -i przekonasz mnie, że warto ją tam z tobą spędzić - prześlizgnął spojrzeniem po Alanie w sposób, w jaki (gdyby ten był trochę młodszy i trzeźwiejszy, mniej zepsuty przez świat) z całą pewnością nawet pod tym zarostem nie dało by się ukryć wykwitu czerwieni. - myślę, że dało by się to zorganizować. - przygryzł wargę. Naprawdę wizja zlecenia zaczęła mu się podobać.
- Mieszkam przy Sunset Plaza Drive. Nazwałbym to miejsce raczej luksusowym niż sztampowym, ale nie będę się spierał o określenia.- dodał oczekując aż Alan zajmie miejsce.
Szofer jechał ostrożnie, ale bez zbędnego ociągania. Nie trzeba było czekać zbyt długo nim zatrzymał się przed wejściem do posiadłości Davisa. Wygląd tego miejsca mówił wiele o majętności mężczyzny. I chociaż nie było teraz widać ani żywej duszy, to bez wątpienia dawał zatrudnienie całkiem sporej liczbie ludzi.
- Teraz ja zapraszam. Sprawdźmy, czy mam butelkowany Roussillon - poprowadził go przez drzwi wejściowe do całkiem przyjemnie urządzonej piwniczki. Jeśli taka informacja o Hobarcie była dostępna, Lyonel miał w swoich zasobach wina tego regionu. Jeśli nie… musieliby spędzić trochę czasu na poszukiwaniach.
wiek:99 lat/a
wzrost:200 cm
dzielnica:bezdomny_a
mów mi:Angelenos/PW/DC
brak multikont
Awatar użytkownika
komponuje muzykę filmową
gdzie się da
W trakcie realizacji
Niszczenie ludziom dobrej zabawy oraz myślenie, że słowa w poście są moje a nie mojej postaci
Muzyka nie jest w nutach, ale w ciszy pomiędzy dźwiękami
Przez moment muzyk w ogóle nie wiedział, co wydarzyło się w tej rozmowie. Miał świadomość, iż ludzie tworzą lasy w słoikach bądź zamykają statki w szkle. Jednak kto mógłby butelkować dziki krajobraz? Owszem, w kilku nutach dało się zamknąć piękno pejzażu pola z wiosenną ulewą bądź potęgę burzy, która rozładowuje swój gniew w koronach drzew.
  - Za-zapewne powinienem oddać ci rację - z jego ust wydobyło się kilka niepewnych dźwięków, tworzących zakłopotane słowa. Problem jawił się w tym, iż Alan nie miał zamiaru oddawać swoich racji jakiemuś pierwszemu lepszemu ładnemu mężczyźnie. Zrobił to w życiu już zbyt wiele razy i miał serdecznie dość męczenia się z czymś tak trywialnym.
  - Ich się słucha, nie ogląda - skorygował już pewne zbereźne chęci towarzysza, chociaż uśmiech Francuza wyraźnie wskazywał już zwyczajnie zawód zobligował go do powiedzenia tego niżeli szczera chęć skupienia się na muzyce, kiedy nagie ciało dostępuje największej pieszczoty ze strony fortepianu. Pewne sytuacje bywają silniejsze od człowieka, szczególnie od dziwnego artysty, który przez ostatnie miesiące najzdrowszą relację miał jedynie ze swoim narzędziem pracy.
  - Mhm - mruknął tajemniczo w odpowiedzi na pytanie o Luwr i te inne abstrakcje. Chociaż usta Alana wyraźnie się rozchyliły, chcąc wylać z siebie wielką kaskadę słów, wyjaśniającą zażyłość i niemożliwość równoległego wystąpienia tych dwóch rzeczy jednocześnie. - Skąd pewność, że mnie zainteresowałeś? - Postanowił dosunąć temat od siebie albo jak każda osoba zepsuta po latach pracy przy czerwonym dywanie - chciał posłuchać o sobie w superlatywach. Tych pseudo-szczerych, czyli najlepszym rodzaju z możliwych. Wszak szereg przywar, które wydobyły się z Hobarta w czasie tego krótkiego spotkania są wielce policzalne, ale kto chciałby się nad tym spuszczać w tym momencie?
  - A mogę wybrać jakiekolwiek muzeum na świecie? - Zapytał, odwzorowując lubieżne spojrzenie, które miało pozyskać informacje pokroju: czy jesteś godnym przeciwnikiem? Na tyle snobistycznym, aby przetrwać wspólną wizytę w muzeum? Czy nie skończy się to czymś niepożądanym? Chociażby Alan nie umiał sobie przypomnieć dotrwania do ostatniego aktu jakiegokolwiek przedstawienia, gdyż mąż zawsze przed końcem wyciągał go na szybki seks. Obrzydliwe czasy.
  - W pobliżu Whisky a Go Go? - Zapytał pełen niewinnego zainteresowania. - To naprawdę świetne miejsce. wielu młodych, aspirujących muzyków tam występuje a w ciągu jednego wieczoru można odbyć podróż przez muzyczne Eldorado - powiedział niemal na jednym tchu, chociaż miał jeszcze więcej słów uznania dla tego miejsca. No, chociaż należy przyznać, że to speluna.
  - Zadowolę się każdym winem dopóki nie wyjmiesz czerwonego z lodówki - odpowiedział, a głowa powoli zaczęła go boleć od tego emanowania bogactwem. Zaś sam spacer po piwniczce z winem zdawał się najlepszą rzeczą tegoż spotkania. Chociaż było to jak pochód między przeciętnością ku rozczarowaniu, Alan czerpał z tego szczątki radości. - Znajdziemy tutaj Liebfraumilch?
wiek:45 lat/a
wzrost:189 cm
dzielnica:Calabasas
mów mi:Dorek
Awatar użytkownika
zawód postaci
miejsce pracy
partner
triggery
In Los Angeles, everyone is a star
Powinieneś? nie powinieneś? - wzruszył ramionami robiąc przy tym dość obojętną minę. -Nie istotne. Istotne jest natomiast czy chcesz… - Lyonela nie interesowały w tej chwili powinności, tylko preferencje mężczyzny.
-Auć. - zamarkował ból, przy takim sprowadzeniu go na ziemię. -Oczy wyobraźni potrafią przenikać przez dźwięki ukazując obrazy. - ale, że lubił wciskać swoje trzy grosze, nie był w stanie przytrzymać jęzora za zębami i zakończyć na zwyczajowym ranisz moje serce.

-Mój błąd. No jakże mogłem sobie pomyśleć w ten sposób? Przecież to takie nielogiczne. - Lyonel biegle władał sarkazmem, jakby to był pierwszy język, którego się uczył. -No jasne, że to ja jestem zainteresowany, - klepnął się w twarz, jakby faktycznie zamotał się w słowach i znaczeniach, i nagle go olśniło. -dlatego idziesz tam, gdzie wskazuję drogę, zacny i nieomylny mistrzu muzycznego suspensu. - on to mówił z takim przekonaniem, jakby to była prawda objawiona, której nie można zakwestionować - tak bardzo jest spójna.
-Proszę bardzo. - zgodził się na wybór muzeum i porzucenie Luwru.-Mówisz i masz. - Kwestia nocy w muzeum była tylko figurą czysto hipotetycznej dyskusji, ale... kto tak naprawdę wiedział jakie wejścia miał pan Tito i za jakie potrafił pociągać sznurki? Może prywatne zwiedzanie po godzinach nie stanowiło dla niego żadnego wyzwania? Drobna przysługa, która mogła być niezłą kartą przetargową w jego pokrętnych knowaniach. -Wybieraj. Zobaczę co da się z tym zrobić. - uśmiechnął się. To było raczej oczywiste, że nie zapraszał go na zwiedzanie. Ciekawił go wybór. Takie drobiazgi dużo potrafiły powiedzieć o człowieku i... chociaż Lyonel nie postrzegał Alana jako potencjalnego, długoterminowego partnera (a może właśnie przede wszystkim dlatego), taka szalona ekstrawagancja była czymś wielce pożądanym.

-Aż tak tam blisko? - zapytał. To właściwie wyjaśniało, dlaczego nie spotakali się nigdy wcześniej w bardziej prywatnych okolicznościach. Lyonel zwyczajnie unikał takich miejsc.

-Nie lubisz czerwonych czy nie ufasz mojej lodówce? a może gustowi? - doprawdy, jego towarzysz potrafił mówić zagadkami. Nie możliwe, że był aż takim ignorantem… a chyba jednak był, bo kolejne stwierdzenie Lyonela bardzo zdumiało, chociaż nie dał tego po sobie poznać. A przynajmniej bardzo się starał tego nie robić.
-Muszę cię rozczarować. - jego głos zabrzmiał poważnie, przybierając nieco pogrzebowy ton. -Wszystkie tanie sikacze zabrała moja ex. - mówiąc to przysunął się, podpierając brodę na jego ramieniu. Objął go jedną ręką, by przypadkiem nie obalił się siejąc spustoszenie w świątyni kananejskiej, która kosztowała go majątek. Drugą zaś ręką sięgnął po jakiegoś znacznie szlachetniejszego i zdecydowanie cenniejszego niż maryjka, rislinga. -ale jeśli sobie życzysz, skarbie, zaraz poślę Alberto po taniego sznapsa i rozcieńczymy miksturkę. - jak Hobart nie przestanie z nim igrać i drwić sobie, to za chwilę gotów dopuścić się alkoholowej profanacji w imię bliżej nieokreślonych - wyższych celów… Naprawdę chciałby przeczytać wzmiankę o sobie w autobiografii Davisa o treści “a potem Alan zmusił mnie do chrzczenia mszalnego lub spacer do marketu, bo posiadane przeze mnie wino było zbyt szlachetne jak na jego podniebienie”
Jeśli tylko Alan mu na to pozwolił, przysunął się nieco bliżej i objął go w znacznie bardziej intymny niż asekuracyjny sposób, szepcząc do ucha.
-Widziałem twoje osiągnięcia, słyszałem kompozycje i jestem pod ogromnym wrażeniem twojego talentu i tego jak jest oceniany. W jakim tempie jest nagradzany. Ale to, co mnie naprawdę interesuje, to człowiek za tymi sukcesami. - pozwolił sobie musnąć go wargami niby to przypadkiem, gdy wygłaszał mu komplementy.
-więc może skończmy te podchody, weźmy sobie coś do picia i skupmy się na tym, po co tu przyjechaliśmy. - zaproponował, uśmiechając się przy tym wymownie.
wiek:99 lat/a
wzrost:200 cm
dzielnica:bezdomny_a
mów mi:Angelenos/PW/DC
brak multikont
Awatar użytkownika
komponuje muzykę filmową
gdzie się da
W trakcie realizacji
Niszczenie ludziom dobrej zabawy oraz myślenie, że słowa w poście są moje a nie mojej postaci
Muzyka nie jest w nutach, ale w ciszy pomiędzy dźwiękami
Bezapelacyjnie nie warto ufać mężczyźnie, który kompleks małego penisa łata sobie mała winnicą zbudowaną pod domem, w której profanuje święte zasady somelierskie, przechowując delikatne, czerwone wina w temperaturze, która nie wydobywa z nich pełni aromatu. Widząc cały ten projekt Alan nie chciał podejmować ryzyka tego iż któreś wino przypadkiem uchowało się w pełni wybornie czy też będzie skazywał swój ulubiony zmysł - węchu - na gwałt przez czyjąś głupotę przy budowie domu. Francuza mierziło to w takim stopniu, iż cały sensualny romantyzm opadł, a sam wolał truć się Maryjką z wielowiekową tradycją niżeli tym... Tym czymś, co w ogóle trudno określić cenzuralnym słownictwem.
  - Wiesz - zaczął swoją tyradę powoli, brnąc w grę, która wzbudzała w nim jednocześnie niechęć a i napędzała nieokiełznaną od ponad roku chuć, która nietrzymana zdrowym rozsądkiem chciała wepchnąć Alana w apogeum grzesznej rozkoszy mieszanej z kacem moralnym. - Skarbie - każde słowo cedził wyjątkowo wolno, opatrując je lubieżnymi spojrzeniami po każdej odkrytej części ciała Lyonel od sutków w górę. Burnet oddał się tej jakże nader przesadzonej, uwodzicielskiej perfumerii, którą mężczyzna sobie zafundował w opozycji do prysznica pozwalając się temu omamić niczym nastolatka płaczu na Titanicu. Hobart przełożył lekko swoje ramiona przez barki wąsacza, dorysowując na swojej twarzy szelmowski uśmiech. Niby to ciesząc się z propozycji gwałtu na smak rieslinga. - Za coś takiego powinieneś wrócić do 2. kręgu piekła. - Wyjął zza jego pleców butelkę ślicznego wina, które zapewne już dawno wyzionęło smakowitego ducha, pozostawiając w sobie jedynie moc procentów. Zwiększą w ten obrzydliwy, niepożądany sposób zwany utlenianiem.
  - Imponuje mnie, że uważasz mnie za tak łatwego - w rzeczywistości Alan był jeszcze łatwiejszy, czego nie chciał przyznać przed drugim mężczyznom. Tak samo jak nie chciał przyznać przed sobą tego, jak własne ciało zdradziło go, reagując dziwnie nieporządnie na tak śmiały gest, którego Hobartowi ostatnio brakowało. Gest, o którym nawet nie wiedział, że go potrzebuje, ale kiedy już wąsacz omamił bruneta swoim urokiem, nic nie mogło pójść źle. Przynajmniej każda przeszła niesnaska stała się nieznaczącym prochem a Alan począł się kierować ino chęcią oglądania tego parszywego, łobuzerskiego uśmieszku Lyonela przez pół nocy. - Prowadź do kuchni - zarządził głosem, który nie godził się na żaden sprzeciw. - Pokażę ci jak powinno smakować Soixante Quinze - zdradził swój w ogóle nie chytry plan.
  I może z lenistwa bądź braku większych umiejętności we władaniu słowem, pozwolę sobie przenieść już dwóch młodocianych starców do wspomnianej kuchni bądź innej przestrzeni, która może posłużyć za bar.
  - Przynajmniej tutaj asortyment nie jest rozczarowujące - rzucił półżartem, siłując się z cytryną. W tym momencie Hobart miał już na sobie czarną koszulkę z wyciętym serkiem. Wysilał swoje zapomniane przed dekadą umiejętności barmańskie, siląc się na zrobienie kilku prostych sztuczek a nie jedynie na wytworzeniu napoju łechtającego kubki smakowe. Po czym, kiedy ostatni cytryna została wyciśnięta, Alan ostentacyjnie oblał swoje ubranie sokiem z cytryny. - Oups - syknął, patrząc na to, co narobił. Podszedł do zlewu, zdejmując po drodze koszulkę i ją tam położył. Niby w celu zaprania jej, ale na tym chęci się skończyły. Hobart oparł się o zlew i wyczekująco wpatrywał się to w drinki, to w swojego gospodarza.
wiek:45 lat/a
wzrost:189 cm
dzielnica:Calabasas
mów mi:Dorek
Awatar użytkownika
zawód postaci
miejsce pracy
partner
triggery
In Los Angeles, everyone is a star
Na całe szczęście, Hobart zachował dla siebie te myśli, które wypowiedziane głośno, wykastrowały by Lyonela mentalnie i sprawiły, że w dupie by miał konsekwencje wynikające z odpuszczenia sobie Hobarta i ściągnięcia na siebie gniewu pana Tito. Takie akcje doprowadziły do jego rozwodu. Nic go tak nie drażniło jak personalne wycieczki do rzekomej rekompensaty pewnych braków. Niczego mu nie brakowało, poza odrobiną szczęścia i prawdziwej wolności.
A co do stanu wina? Nie był znawcą. Nie był projektantem. Nie był też na tyle niezorientowany, by powierzyć pewne prace niekompetentnym ludziom. Więc… dobrze, że nie potrafił też czytać w myślach… wściekł by się na Alana i na tym zakończyłaby się ich znajomość nim zdążyła się zacząć.
- I pewnie ty mnie tam zaprowadzisz?- wymruczał dość retorycznie. Niestety zapowiadało się, że Alan miał potencjał zaprowadzić go do tego niechlubnego kręgu i dla kaprysu właśnie tam pozostawić. Jeszcze kilkanaście minut temu był na to gotowy i jakby pogodzony z takim losem, ale z każdą kolejną sekundą nie chciał skończyć w takim miejscu ani tym bardziej w takim stanie.
- Gdybym uważał cię za łatwego, nie fatygował bym się przyprowadzaniem cię do domu.- stwierdził cierpko. Może nie do końca mówił to, co myśli, ale… w tej niebezpiecznej grze lubił czasem ustępować pola, by zyskać więcej. Czasem można się było przeliczyć, ale… mimo wszystko ufał swojej intuicji. Nie miał wyboru. Względem Alana miał dalekosiężne plany, a to wymagało jakiejś bardziej wyrafinowanej strategii niż jednorazowy numerek w barze.
Nie do końca też ufał temu, co widział czy czuł, chociaż nie umknęło jego uwadze jak na niego zareagował. To go zawsze nakręcało. Tym razem nie było inaczej.
Lyonel też nie sprawiał wrażenia, jakby chciał się mu sprzeciwiać.
- Proszę.- wskazał mu drogę do kuchni.
Pozwolił mu na to, by mógł się zrealizować w roli barmana. Chociaż po stwierdzeniu przynajmniej złapał się za serce markując jak bardzo go to zabolało.
- Człowiek wielu talentów. - powiedział z niekrytym podziwem przyglądajac się się temu z jaką wprawą Alan radzi sobie z cytrynami…przynajmniej dopóki nad nimi panował.
Pokaz był… zaskakujący. Lyonel nie spodziewał się, że Alan będzie chciał mu w jakiś sposób zaimponować. Nie docenił swojego przeciwnika. Z zainteresowaniem przyglądał się temu, co wyprawiał mężczyzna i… właściwie w jakiś sposób Hobart go zahipnotyzował, bo nie wiedział czy cytryna wylała się na jego koszulkę w wyniku przekombinowanych ruchów zbyt spektakularnego pokazu… czy z zupełną premedytacją. Właściwie nie bardzo go to interesowało w tej chwili, bo widok był dość apetyczny.
- Oj oj oj, ale się narobiło.- użalił się.
Spojrzenie mężczyzny mówiło jednak samo za siebie - nawet jeśli efekt był niezamierzony, potrafił z tego skorzystać. Powiedzieć, że zadziałało to na Davisa, to jak nie powiedzieć nic. Zawahanie nad tym jak powinien teraz postąpić trwało chwilę, dość nieistotną i niemal niezauważalną. Niewiele myśląc (bo w takich chwilach działało się instynktownie i niewiele myślało), podszedł do Hobarta. Ułożył ręce na jego pasie, zahaczając o szlufki czy pasek. Część dłoni dotykała jego nagiej skóry, część opierała się na pośladkach. Lyonel uśmiechnął się diablo i przyciskając nieco Alana do siebie pochylił głowę i zaczął scałowywać z jego skóry rozlany sok. Sunął językiem ku górze po cytrusowej ścieżce wspinając się aż do szyi. Kreślił w jej miejsce drobnymi kółeczkami wilgotną ścieżkę, którą następnie drażniła jego broda, gdy przesuwał się coraz wyżej.
Chyba ostatnie o czym myślał był Soixante Quinze, chociaż bardzo seksownie brzmiało to w ustach Alana…

Alan Hobart
wiek:99 lat/a
wzrost:200 cm
dzielnica:bezdomny_a
mów mi:Angelenos/PW/DC
brak multikont
Awatar użytkownika
komponuje muzykę filmową
gdzie się da
W trakcie realizacji
Niszczenie ludziom dobrej zabawy oraz myślenie, że słowa w poście są moje a nie mojej postaci
Muzyka nie jest w nutach, ale w ciszy pomiędzy dźwiękami
*** Sięgając pamięciom do lat przeszłych, dawno już muzyk nie czuł się taki lepki po seksie. Zapewne przy początkach swojej komercyjnej kariery, kiedy każdą imprezę zaczynało się od shota tequili pitego z cudzego pępka. Wtedy do łóżka nie dało się pójść czystym. Same myśli już wystarczająco plamiły sumienie i nie dało się ich zmyć długimi prysznicami, które wypalały skórę.
  Żal za grzechy przychodził później, po tygodniu bądź dwóch. Teraz Alan się nad tym również nie zastanawiał. Spojrzał jedynie na mężczyzny, czując jak czerwień wina buczy w jego głowie głucho, mieszając się z bąbelkami, które oferował rześki drink. Z pewnością Hobart nie miał już 20 lat, aby tak chyżo szaleć po nocach. Raz jeszcze spojrzał na swojego gospodarza, którego klatka piersiowa namiętnie odzwierciedlała każdy jego oddech. Napełniało to Francuza pełną dumą, obserwowanie czyjegoś zmęczenia, wycieńczenie osiągnięte obopólną rozkoszą.
  Wstał po wodę. Przechodząc przez salon niczym zdobywca, którym się teraz poczuwał. Wodę wypił szybki i niechlujnie, wycierając oblaną brodą nadgarstkiem.
  - Podobno na kaca najlepszy jest orgazm - rzucił bez kontekstu siadając w oparciach fotela, a obnażonym ciałem usadowił się między kolanami Lionela. Niczym słowiańska panienka oczarowana polskim wikingiem adorował jego wszelkie męskie atrybuty, suwając palcem z fascynacją odkrywcy po jego barkach i obojczykach. Doceniał tę anatomię ciesząc się każdym centymetrem, tak dalekim od kobiecych kształtów, których nie lubił.
  - Chcę wiedzieć kto ci za to zapłacił czy udamy, że ten problem nie istnieje dziś? - Dopytał z tą dziewiczą niewinnością, jakby ponownie pytał o ulubionego drinka.
wiek:45 lat/a
wzrost:189 cm
dzielnica:Calabasas
mów mi:Dorek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Long Beach City Beach”