ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
weteran
jak daleko nogi poniosą
partner
triggery
Oh gather round me
And listen while I speak
Of a war
Where Hell is six feet deep

Odwiezienie Juliusa pod posiadłość było jak droga przez mękę, przy ledwo trzymanych na wodzy emocjach. Zaciskanie palców na kierownicy sprawiało Adamowi fizyczny ból, a spięcie odpuściło dopiero, gdy chłopak zamknął za sobą drzwi starego pickupa. Odprowadził go wzrokiem, jeszcze parę minut przyglądając się zapalonemu wewnątrz światłu. W umyśle weterana pojawiła się pustka, jakby doświadczał swoistego resetu, dopiero później otrzymując niespodziewaną falę ciężkich wspomnień, tych nawiedzających go prawie każdej nocy. Po policzku spłynęło parę słonych łez, które otarł wierzchem szorstkiej dłoni i chcąc zapobiec poważniejszemu rozpadowi osobowości sięgnął po zakupione puszki taniego alkoholu. Pierwszą wypił jeszcze na siedzeniu kierowcy, dwie kolejne zabierając ze sobą na długi spacer w głąb miasta. Obrzydliwie cierpki trunek zalewał jego wnętrze odrobiną ciepła, gdy przekraczał kolejne uliczki w poszukiwaniu najbliższego baru.

Grand Havana Room, tak nazywało się jego miejsce docelowe. Znalazł stolik w kącie, niezwłocznie zamawiając pierwszego drinka nakrapianego ciemnym rumem. Nie zważał na cenę alkoholi, bo na koncie miał solidną część zapłaty od starego Blackwooda, którą miał zamiar wykorzystać w najmniej przyzwoite sposoby. Do zamówionego ginu otrzymał darmowe cygaro, które dopalał przez następną godzinę pobytu. Jeden za drugim kosztował różnych płynów znieczulających, a jak wiadomo mieszanie doprowadzało do katastrofalnych skutków. Obserwował upitych, rozbawionych gości z niemałą zazdrością, bowiem jego czasy świetności już dawno minęły, a jedyni przyjaciele zginęli podczas turnusów wojskowych, powiesili się albo borykali z podobnymi problemami psychicznymi w domach i opłaconych przez rodziny ośrodkach. Maverick wiedział, że potrzebował pomocy. Choć uczęszczał na przydzielone państwowo spotkania terapeutyczne, nie czuł najmniejszej poprawy. Nie radził sobie, słuchając historii innych żołnierzy w kole wzajemnej adoracji, ba, przytłaczały go jeszcze bardziej. Dodatkowo na głowę zwalały mu się problemy własnych dzieci, nowo zaadoptowana córka zmarłego kolegi, matka w ośrodku i Julius, którego buntownicza postawa nie pomagała walczyć z codzienną chęcią do wejścia w ostatni etap życia.

Nie mógł uszczęśliwić każdego, siebie stawiając na samym końcu hierarchii. Czuł się nierozumiany, niesłuchany, sprowadzany do roli popychadła i to spowodowało nocne pęknięcie tam trzymających jego względną stabilność w ryzach. Ostatnia dopita szklanka stuknęła mocno o drewniany stolik, kiedy Adam ledwo podnosił się z miękkiego, obitego welurem siedzenia. Kołysząc się na boki wyszedł z lokalu, postanawiając wrócić po samochód stojący pod posiadłością bogatego dzieciaka. Podtrzymując się twardych, chłodnych ścian szedł drogą powrotną. Wspominane wcześniej zmieszanie wielu trunków doprowadziło do mglistości odczuwanej w żołądku, a następnie szybkiego wpadnięcia do najbliższej uliczki i zwymiotowania części wypitych drinków na mokrą ziemię.

— Zgubiłeś się, dziadku? — usłyszał zza rogu, gdy wycierał usta czarnym rękawem marynarki. Spojrzał na wychodzącego naprzeciw gówniarza, mającego na oko dwadzieścia trzy lata. Jego uśmieszek nie zwiastował przyjemnego spotkania, jednak Maverick kompletnie niewzruszony zbliżającą się konfrontacją splunął zaraz pod jego białe buty i wyprostował się, czując jak świat wokół wiruje.

— Jest późno, nie zgubiłeś opiekunki? Pomóc ci wrócić do łóżka? — zapytał znowu, uśmiechając się jeszcze szerzej. Weteran zmarszczył brwi, odsuwając się o krok. Wyczuwał rosnące niebezpieczeństwo, ale stan upojenia nie pozwalał mu na przyjęcie stabilniejszej gardy.

— Spierdalaj — warknął słabo, w odpowiedzi otrzymując głośny śmiech oraz specyficzne gwizdnięcie, po którym w tym samym zaułku pojawiło się jeszcze trzech kolegów wygadanego szczeniaka. Zbliżyli się do Adama i nie czekając na rozkazy zaczęli wymierzać cios za ciosem, aż nie padł na brudną ziemię. Dostał kopniaka - jednego, drugiego i trzeciego, który zakończył pastwienie się nad starszym mężczyzną. Grubszy napastnik pochylił się nad skulonym ciałem i wyciągnął z kieszeni skórzany portfel oraz nowy telefon Mavericka. Zadowoleni z ograbienia pijanego samotnika uciekli, zanim ktokolwiek zauważył ten incydent.

Minęło dziesięć, może piętnaście minut zanim weteran podniósł się do siadu. Jego głowa boleśnie pulsowała, tak jak mięsnie całego ciała i kręgosłup. Twarz zaczynała puchnąć i sinieć, będąc jednocześnie ozdobioną pięknymi strużkami zaschniętej krwi w okolicy brwi oraz ust. Ubrania podarły się w szale krótkiej szamotaniny z trójką energicznych dwudziestolatków, szkiełko zegarka rozbiło się o twardy beton i tylko zwisający z szyi metalowe nieśmiertelniki pozostały nienaruszone.

Wyszedł z uliczki na czworakach, dopiero po dłuższej chwili wstając na pewne nogi. Obolały obmacał się w poszukiwaniu sprezentowanego przez Juliusa telefonu, jednak nie znalazł go. Tak jak kart kredytowych i banknotów, co skwitował zrezygnowanym westchnięciem. Bezsilnie szedł ulicami Beverly Hills kolejne dwie godziny, aby ostatecznie dotrzeć pod posiadłość Blackwooda razem ze wschodem słońca.

Jego organizm działał na przysłowiowym autopilocie. Wszedł do środka, szybko odnajdując ogromny salon, gdzie padł na drogą kanapę brudny od alkoholu i krwi. Mamrocząc do siebie niezrozumiałe litanie zaczął przysypiać, aż nie wpadł w upragnione objęcia Morfeusza,


@Julius Blackwood
wiek:49 lat/a
wzrost:187 cm
dzielnica:Los Feliz
mów mi:Father
brak multikont
Awatar użytkownika
Syn ojca
Iheartmedia
partner
try me
Kiss my scars.

Przebudził się, gdy słońce jeszcze na dobre nie wzeszło. Szarość wypełniała pokój, który lubił nazywać sypialnią, chociaż brakowało w nim przytulności i ciepła – otwarta przestrzeń z częścią kąpielową przypominała bardziej fotografię z magazynów wnętrzarskich niż faktycznie miejsce, gdzie ktoś odczuwałby jakikolwiek s p o k ó j.

Niespokojny sen wzmógł ból. Każdy oddech dawał znać o obitych żebrach i plecach, a zwykłe przekręcenie się na bok, Julius skomentował cichym, ciężkim jęknięciem. Śmierdział potem i kurzem, stęchlizną policyjnej celi i bezsilnością, która z ogromną siłą przyciągania jeszcze przez długie minuty zatrzymała go w ogromnym łóżku. Obserwując coraz jaśniejsze niebo nie mógł odgonić od siebie wspomnienia pozbawionego emocji Adama, twarzy Ulissesa, szorstkiego koca, który drażnił jego skórę.

Chciałby, żeby ta noc nigdy się nie wydarzyła.

Dźwignął się, dosięgając dłonią do szafki nocnej. Szelest tabletkowych blistrów przerwał ciszę, gdy Blackwood dosięgał do kilku z nich, by wydobyć tabletki. Trzy, może cztery. Na uspokojenie, sen lub by zapaść w letarg, który potrwa wystarczająco długo by doszedł do siebie. Ich gorycz przepłukał wodą zanim wstał, zapalając ostatniego z paczki papierosa i wytyczając boso ścieżkę do wanny, by ją napełnić.

Zdjął umorusane ubrania i zanurzył się w wodzie. Z policzkiem na brzegu wanny, jedynie patrzył jak noc w końcu zamienia się w poranek, rozświetlając ogromne, pozbawione życia pomieszczenie.

Chciałby, żeby dzień nigdy nie nadszedł.

Bo zatrzymany między nocą, a dniem czuł się najbezpieczniej.

Z westchnięciem zanurzył się głębiej, wystawiając jedynie twarz i wzrokiem błądząc po zdobieniach sufitu. Woda z przyjemnie i rozluźniająco ciepłej, zamieniła się w zaledwie letnią, co w końcu zmusiło Julka do wyjścia i wysuszenia się pobieżnie ręcznikiem. Nałożył na siebie bokserki, przelotem zerkając na swoje odbicie w dużym lustrze – miejsca uderzeń zdążyły przybrać śliwkowy, mało atrakcyjny wygląd, a obmyte ranki gdzieniegdzie zdobiły skórę przywodząc na myśl niezbyt dobrze potraktowane mięso.

Zignorował telefon rzucony gdzieś niedbale i z potrzebą przepłukania gardła tym razem świeżą wodą, skierował się w stronę kuchni, sennie jak duch.

Spodziewałby się wielu rzeczy – wściekłego ojca w wygodnym fotelu, nadąsanego przyjaciela albo bałaganu, o którym zapominał. Stanął jednak gwałtownie, gdy przechodząc przez salon usłyszał wymęczone pochrapywanie dobiegające z kanapy. Blackwood potarł twarz dłonią, wyzbywając się resztki zdezorientowania i utkwił spojrzenie w Mavericku, rozciągniętym, brudnym i zakrwawionym. Nawet stojąc kilka metrów dalej czuł odór przetrawionego alkoholu i wymiocin.

–– Adam? –– spytał, jakby oczy próbowały go oszukać. Każdy.

K a ż d y,

mógłby tu być w takim stanie, ale nie ten sztywny, formalny mężczyzna będący oazą spokoju, którego nigdy nie miał w sobie Julek. Nic nie było tak jak powinno: ani krew na poranionej twarzy, ani bród na pogniecionej koszuli. To był JEGO stan, Julka. Nie Adama.

To było zachowanie bananowego dzieciaka, a nie dojrzałego, poważnego mężczyzny, niewzruszonego jego okropnym zachowaniem.

Spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Niewiele godzin minęło od ich rozstania, ale wystarczyło by zmielić Mavericka i wyrzygać go na jego kanapę.

Mężczyzna nie zareagował, a Julius w prostym odruchu po prostu poszedł do kuchni, przynosząc ze sobą zwilżoną ścierkę. Kucnął przy kanapie wyciągając rękę do twarzy Adama, zamierając jednak kilka centymetrów nad nią. Przesunął po niej spojrzeniem – od zmarszczonych przez sen brwi po zarost, a następnie na ciężko unoszącą się klatkę piersiową. I chociaż to nie on był sprawcą zadanych obrażeń, czuł się w i n n y.

Blackwood zagryzł wargę i odrzucił ścierkę na bok. Mokre palce wcisnął pod kark mężczyzny, a gdy ciało odruchowo próbowało uciec od dyskomfortu, przesuwając się dalej, Blackwood wślizgnął się na skraj szerokiej kanapy i ułożył obok Mavericka, przylegając do jego brudnego i zapewne obolałego ciała własnym. Czystym, ale równie poranionym.

–– Przepraszam –– szepnął cicho, patrząc na profil twarzy ochroniarza. Tylko leżał, bez odwagi by tym razem przekroczyć jakąkolwiek granicę chociażby przytuleniem mężczyzny.

–– Jesteś taki głupi, Dziadku –– mruknął i wyciągnął rękę za głowę, by dosięgnąć do koca rzuconego niedbale gdzieś na bok. Okrył ich ciała i wtulił twarz w ramię Mavericka, przymykając powieki.

@Adam H. Maverick
wiek:29 lat/a
wzrost:185 cm
dzielnica:Beverly Hills
mów mi:Daddy
Awatar użytkownika
weteran
jak daleko nogi poniosą
partner
triggery
Oh gather round me
And listen while I speak
Of a war
Where Hell is six feet deep

Pojawiały się nieproszone, głośne, przerażająco realne.

Maverick mógł poczuć pod palcami twardość ruin i sypkość leżącego na nich piachu. Zapach prochu zmieszanego z krwią poległych żołnierzy dochodził do jego nozdrzy, gdy mijał puste budynki otoczone warstwami gruzu po wybuchach. Nie zatrzymywał się. Parł krok za krokiem przed siebie, w miejsce agonalnych krzyków. Na jego plecach znajdowała się ciężka torba, wyczuwał ekwipunek na zmęczonych, obolałych ramionach razem z każdym, wbijającym się w skórę paskiem.

Wtem,

na jego drodze stanął gęsty las. Ciemny, mokry, zwiastujący wyłącznie śmierć. Adam dawno przestał bać się tak prozaicznych zjawisk, wiedząc na co pisał się podczas pierwszych treningów w akademii wojskowej. Młodych rekrutów zawsze rzucało się na głęboką wodę, gnębiło, uświadamiało o brutalności świata zewnętrznego. Musieli być przygotowani na każdą ewentualność, na traumy, na stratę. Śmierć przyjaciół była zaledwie wierzchołkiem góry lodowej problemów, z którymi musieli mierzyć się w trakcie i zaraz po powrocie z zagranicznych turnusów.

Zieleń bezkreśnie pochłaniała jego ciało.

Przemierzał miękkie chaszcze, dopóki nie poczuł na własnych plecach bliżej niezidentyfikowanego ruchu. Dopóki nie usłyszał stęków. Błagań. Poprzednio niesiony sprzęt wojskowy okazał się żywą istotą, człowiekiem, pułkownikiem tego samego batalionu zakrwawionym od stóp do głów. Adam przyspieszył. Chód zmienił się w trucht, a ten w ciężki bieg na sam koniec lasu. Wypadł z rannym żołnierzem prosto na piaszczystą, jasną plażę. Niezwłocznie ułożył żołnierza na ziemi i drżącymi dłońmi zaczął uciskać ranę po lewej stronie jego brzucha. Krwawiła bezustannie, nie dając im nawet chwili wytchnienia.
Proszę. Wytrzymaj.
Nie zamykaj oczu.
Falconer, kurwa, nie zasypiaj!
Z ust mężczyzny wypływało coraz więcej czerwonej posoki, gdy tylko próbował coś powiedzieć. Mamrotał, tłumiony cieczą, jednak Maverick słyszał jego słowa nadzwyczaj wyraźnie. Każdą prośbę, modlitwę, wyszukiwanie chaotycznym wzrokiem matki, wszystko zakończone przeciągłym krzykiem, który wyrwał go z koszmaru.
Wdech.
Wydech.
Cisza.
Otworzył szeroko oczy i natychmiastowo podniósł się do siadu. Jego klatka piersiowa wygrywała melodie Vivaldiego, a rozbiegane tęczówki próbowały znaleźć jeden, konkretny punkt zaczepienia pozwalający na uspokojenie kołaczącego serca. Zatrzymał się na chłopaku, który leżał zaraz obok niego.

— Kurwa — przeklął donośnie, jak oparzony próbując wyswobodzić się z okrywającego go koca. Obolałe mięśnie dawały się we znaki, gdy opuszczał kanapę w przerażeniu zmieszanym z kompletnym zniesmaczeniem. Dobrą minutę zajęło mu przyswojenie zaistniałej sytuacji, gdy powoli cofał się do bezpiecznego fotela stojącego naprzeciwko sofy.

— Gdzie ja...Boże...czy ciebie do reszty popierdoliło, dzieciaku? — pytanie brzmiało jak lament. Błagał o litość, zmęczony fizycznie i psychicznie nocą spędzoną na komisariacie oraz obskurnej uliczce, gdy pobity zbierał własne truchło jedynie siłą woli. Przypominając sobie cholernie nieprzyjemne spotkanie trzeciego stopnia ze złodziejami, zaczął obmacywać marynarkę w poszukiwaniu portfela i telefonu, których niestety nie znalazł. Załamany upadł na miękki, drogi fotel, zakrywając twarz dłońmi. Chciał płakać, ale przy Blackwoodzie byłoby to zbyt upokarzające. Chciał krzyczeć, jednak brakło mu tchu.

— Ukradli mi telefon. Przepraszam.



@Julius Blackwood
wiek:49 lat/a
wzrost:187 cm
dzielnica:Los Feliz
mów mi:Father
brak multikont
Awatar użytkownika
Syn ojca
Iheartmedia
partner
try me
Kiss my scars.

To, co go obudziło, było szamotaniną po jednej z jego stron, które sprawiło, że Julius zachwiał się na skraju kanapy, w ostatniej chwili ratując się przed bolesnym upadkiem na podłogę. Odrobinę zdezorientowany mrugnął, rozglądając się po salonie jakby dopiero teraz próbował zlokalizować swoje położenie. Jednocześnie westchnął i stęknął, opierając dłoń na sinym brzuchu i krzywiąc się – koszmar nie był jednak tylko nocną marą, a wspomnienia uciążliwie długiej nocy po zdecydowanie za krótkim śnie, uderzyło w niego ze zdwojoną siłą.

Mimo wszystko wydawał się być nieco ospały i lakoniczny, kiedy utkwił spojrzenie w zdenerwowanym Adamie. Jasne oczy odwróciły się widząc wyraz zniesmaczenia na twarzy mężczyzny – kontynuację tego samego, co dostrzegł już na komisariacie.

–– Do niczego nie doszło –– powiedział, wzruszając ramionami. Odkrył koc, pokazując Maverickowi, że ma na sobie bokserki, a po chwili wskazał niedbale ręką na wilgotną ścierkę leżącą gdzieś z boku. Nieużytą, chociaż sam zamysł w dziwny sposób sprowadził Blackwooda na kanapę. Możliwe, że przez skrajne zmęczenie lub w chwilowej potrzebie bliskości kogokolwiek, byle nie znosić w samotności pustki ogromnego domu.

–– Nie ważne. Przysnąłem tylko –– dodał, wstając wolno i siadając ciężko. Pochylił głowę, przeczesując palcami ciemne kosmyki włosów i potarł nos przegubem –– Chciałem wrócić do siebie, ale pomyślałem, że jak zaczniesz się dusić wymiocinami, szybciej Ci pomogę –– wstał i przeciągnął się, nawet nie spoglądając na swojego gościa. Minął go, idąc do otwartej kuchni i wspierając się biodrem o blat, ze znużeniem wyciągnął dwa kubki, by przygotować w nich kawę. Tabletki działały. Końska dawka wystarczyła by uciszyć każdą, niechcianą emocję, która w nim buzowała. Starła każdy kolor jego osobowości, zamieniając ją na bezpłciową paćkę, jednocześnie uśmierzając ból. Gdyby wziął jedną więcej, przespałby nawet upadek z cholernej kanapy.

Chciał wiedzieć. Co się stało, dlaczego był w takim stanie. Jak doszło do tego, że jego ochroniarz wyglądał jakby potrzebował pomocy bardziej od Julka?

Ale jedynym odgłosem, który uniósł się w powietrze był dźwięk czajnika, gdy zagotowała się woda.

Co się stało.
Dlaczego znowu nazywasz mnie dzieciakiem
I D I O T A

Parujący kubek spoczął na stoliku obok Mavericka. Julius trzymał drugi, odsuwając się i wzruszając ramieniem na wiadomość o ukradzionym telefonie. Trudno kontrolować bieg wydarzeń kiedy było się pijanym, jeszcze ciężej pilnowało się niepotrzebnych rzeczy.

–– I tak go nie chciałeś. Mała strata –– zauważył, krótko przyglądając się mężczyźnie. Trudno powiedzieć co przełamało Blackwooda – zakrwawiona i opuchnięta twarz pokryta zmarszczkami, czy ciążąca cisza i nieprzyjemny odór porażki i bezsilności, który drażnił jego nagie ramiona. Cokolwiek to było, zmusiło syna polityka do gorzkiej jak tabletki prawdy.

–– Narkotyki były Douglasa. Wcisnął mi je, kiedy wpadła policja –– uniósł kubek do ust i spojrzał za okno –– Nic nie brałem. Gdyby mój ojciec dowiedziałby się, że moi ochroniarze ćpają jakieś gówno, rozpętałby piekło.

Wyrzuciłby Cię.
Dopilnował, że nie znalazłbyś pracy n i g d z i e.
Tylko dlatego, że masz pecha.

I chociaż jego myśli brzmiały łagodnie, o wiele prościej było wmówić sobie, że działał z egoistycznych pobudek. Przecież stary Blackwood utrudniłby życie też własnemu synowi.

–– Klucze są przy drzwiach. Możesz jechać do domu i mnie zamknąć. Nie mam zamiaru nigdzie wychodzić –– oznajmił, odwracając się i ruszając prosto do swojej sypialni, nie chcąc ani się kłócić, ani być powodem kolejnej wściekłości Adama.

G r a n i c a.

Właśnie ją wytyczał, tak jak Maverick tego pragnął. To co zrobi z Douglasem było jego sprawą, tak samo jak to czy wróci do domu czy przekoczuje dalej na jego kanapie.

Blackwood podszedł wolno do ogromnego okna, upijając w końcu mały łyk kawy. Oparł czoło o chłodną szybę – pod niedawno stłuczonym lustrem dalej błyszczały odłamki szkła, a w okół wanny zebrała się wilgoć po tym, jak brał kąpiel. Rozgrzebana pościel i szuflada pełna dragów. Pusty chaos, który zatruwał głowę Julkowi.

@Adam H. Maverick
wiek:29 lat/a
wzrost:185 cm
dzielnica:Beverly Hills
mów mi:Daddy
Awatar użytkownika
weteran
jak daleko nogi poniosą
partner
triggery
Oh gather round me
And listen while I speak
Of a war
Where Hell is six feet deep

Jego niechęć do używania telefonu była jedną sprawą, ale zostanie okradzionym i jednocześnie brutalnie pozbawionym owego prezentu uchodziło w mniemaniu Adama za sto razy gorsze. Przedmiot był nicią porozumienia międzypokoleniowego, dzięki któremu przeprowadzili pierwszą, normalną rozmowę nieokraszoną profesjonalnym bełkotem skupiającym się na reputacji młodego Blackwooda. Mimo różnic, dzięki technologii mogli współpracować i dostosowywać grafiki do własnych potrzeb. Poza tym, nawet jeśli fanatycznie tęsknił za notesem, nie potrafiłby wyrzucić podarunku wręczonego z pozytywną intencją, bo wiedział jaką przykrość mógłby wyrządzić dzieciakowi potrzebującemu odrobiny szczerej uwagi i zrozumienia.

Siedział w fotelu, przysłuchując się prawdzie dobranej fatalnie do momentu, ale nie przerywał Juliusowi monologu nawet przez sekundę. Historia z klubu nabierała sensu, jednak niewiele interesowała ochroniarza w kontekście wizyty na komisariacie oraz odmowy obdukcji w pobliskim szpitalu. Po narkotykach czy na trzeźwo, został potraktowany nieadekwatnie do winy przez funkcjonariuszy, którzy nadużyli swoich praw względem zatrzymanego. Zdaniem Adama powinni stracić pracę i dostać na pysk pozew o parędziesiąt tysięcy dolarów odszkodowania oraz przymus oficjalnych przeprosin. Nie mieściło mu się w głowie, jak bezczelnie zachowywali się stróże prawa, których priorytetem powinna być ochrona społeczeństwa, a nie wyładowywanie agresywnej frustracji w areszcie.

Przesiedział w obszernym salonie dłuższą chwilę, zanim podniósł się i przeszedł do sypialni Juliusa. Oparł się ramieniem o framugę otwartych drzwi, wpatrując w plecy chłopaka z widoczną na twarzy skruchą.

— Mówiłem, że ta impreza to zły pomysł — zaczął, nawiązując jeszcze do nieprzyjemności z drugiej nad ranem. Jego następną misją będzie wymuszenie zwolnienia Douglasa u szefa, jednak teraz miał ważniejsze sprawy do załatwienia. Westchnął ciężko, czując jak cała czaszka pulsuje na kacu połączonym z obiciem gołymi pięściami.

— Po odwiezieniu cię na miejsce, poszedłem na pieszo do centrum. Wracając z pubu zostałem zaczepiony przez czwórkę gówniarzy. Skopali mnie jak szmatę, zabrali telefon i portfel...z ziemi zbierałem się dobre piętnaście minut — wyjaśnił, skoro decydowali się na szczere wyznania dotyczące nocnych eskapad. Pominął nieistotny szczegół w postaci listy wypitych trunków, bowiem czuł się wystarczająco skompromitowany. Upodlenie alkoholem zdarzało mu się coraz częściej, mając swój początek lata temu po pierwszym przebytym turnusie. Bourbonem leczył chroniczny stres, a rumem popijał niewygodne wspomnienia i objawy pourazowe, trzymające się go bezustannie od parunastu wiosen. Czasami działały lepiej od wypisywanych leków, gdy Maverick wychodził z założenia, że jeśli pacjent nie mógł ruszyć się z kanapy, nie wyrządzał krzywdy sobie ani otoczeniu.

— Wezmę szybki prysznic i pojadę do siebie. Jeśli masz jakiś stary, nieużywany komplet czystych ubrań to będę wdzięczny za użyczenie ich — skończył kierując powolne, ociężałe kroki do łazienki na dole posiadłości. Stanął przed lustrem, opierając się rękami o umywalkę i spojrzał na zmarnowane, sine odbicie. Czuł się jak gówno, co najmniej. Ledwo wyswobodził ramiona z brudnej marynarki, rzucając ją na ziemię. Odpiął guziki dotychczas białej koszuli, która aktualnie kolorami przypominała ekspresjonistyczny obraz. Ze spodniami było ciężej, bo utrzymanie równowagi graniczyło z cudem, dlatego skończył ściąganie ich na podłodze. Nagi wszedł pod prysznic, niezwłocznie wylewając na siebie żel o zapachu truskawki - czego już nie chciał komentować - i ze słyszalną w westchnieniach ulgą pozwolił gorącej wodzie spływać po centymetrach starej skóry. Najbardziej ucierpiały okolice klatki piersiowej i brzucha, obolałe i posiniaczone puchnąc w reakcji obronnej. Maverick zakładał, że oprawcy złamali mu przynajmniej dwa do czterech żeber, co wydawało się niewielkim skutkiem ubocznym.

Po zmyciu resztki piany opuścił kabinę, niezwłocznie owijając pas białym ręcznikiem. Drugim wytarł ramiona, ozdobiony paroma tatuażami tułów oraz ciemne, choć siwiejące gdzieniegdzie włosy. Została jeszcze kwestia odoru alkoholowego. Z braku zasobów nałożył pastę do zębów na palec wskazujący i prowizorycznie wyszorował nim jamę ustną, przepijając wszystko specjalnym płynem. Wypachniony opuścił łazienkę, mając ogromną nadzieję na pomoc Juliusa w kwestii czystych ubrań, bo jego jedyny garniturowy komplet nadawał się wyłącznie na śmietnik.


Julius Blackwood
wiek:49 lat/a
wzrost:187 cm
dzielnica:Los Feliz
mów mi:Father
brak multikont
Awatar użytkownika
Syn ojca
Iheartmedia
partner
try me
Kiss my scars.

Kiedy tylko Adam do niego dołączył, Julius westchnął, tworząc na szybie jeszcze większą mozaikę z oddechu. Mężczyzna brzmiał dokładnie tak, jak powinni brzmieć mężczyźni w jego wieku – ton zmęczonego ojca, który przetrwał pierwszy atak gniewu, a teraz jedynie podkreśla swoją rację.

Najgorsze było to, że Julek nie mógł się z nim nie zgodzić.

–– Wiem –– mruknął jedynie sennie, dociskając palce do kącików oczu i próbując pozbyć się nieprzyjemnego mrowienia. Oparł zaraz dłoń na szybie, by zmazać osiadły na niej oddech, dopiero wtedy odwracając się w kierunku Mavericka. Z tej odległości wyglądał równie tragicznie jak z bliska – sama postawa może uchodziłaby za absolutnie pociągającą, gdy opierał się o framugę drzwi, jednak samo wrażenie szybko zanikało, gdy spojrzało się na skulone ramiona i posiniaczoną twarz.

Zacisnął mocniej palce na kubku, rezygnując z dalszego picia, gdy przysłuchiwał się historii napaści i obrabowania. Jedynie kształtna brew uniosła się w niemym zaskoczeniu – coś nie grało i zgrzytało, dźwięk całkowicie nie pasował do obrazu. Podrzędne puby nie pasowały mu do zasadniczego ochroniarza, który tak chętnie wytykał mu każdy z błędów.

–– Dałeś się pobić jak dziecko –– mruknął w końcu. Jego ton był łagodny, odrobinę otępiały przez przyjęte leki, ale nie było słychać w nim zgryźliwości. Raczej coś na kształt dalszego niedowierzania i [może] zmartwienia –– Nie wiem, czy w tej sytuacji możesz prawić mi dzisiaj kazania –– dodał, robiąc kilka kroków w kierunku stolika, by odłożyć do połowy opróżniony kubek. Telefon był...Cóż, tylko telefonem, natomiast z portfelem wiązało się wiele nieprzyjemności, takich jak wymiana dokumentów czy pozbycie się pieniędzy. Adam po prostu nie wpasowywał się w ramkę przypisaną pijaczynie obrabowanego przez zwykłych chłystków.
Z ust Juliusa wydobyło się nieosądzające westchnienie. Chyba mogli uznać, że to nie była ich najlepsza noc życia.

–– Postaram się coś znaleźć –– rzucił jeszcze, odprowadzając Mavericka wzrokiem. Do garderoby skierował się po chwili, marszcząc lekko brwi. Wzrok błądził przez chwilę po wieszakach i półkach, na których widoczny był wielodniowy bałagan, aż w końcu Blackwood odepchnął się od framugi i wyciągnął starą, oversizową białą koszulkę z logiem Coca Cola, a do tego szare dresy, które przy odrobinie szczęścia będą jedynie lekko przykrótkie w kostkach.

Słysząc nadchodzące z łazienki kroki, wyszedł z garderoby, samemu rezygnując z narzucenia na siebie koszulki.

–– Znalazłem tylko to...–– zaczął, zatrzymując się nagle –– Mhm –– mruknął, odwracając spojrzenie, by nie wpatrywać się w wilgotną klatkę piersiową mężczyzny. Na pierwszy rzut oka, trudno powiedzieć czy się tego spodziewał czy nie – domyślał się, że pod klasyczną koszulą kryje się imponujące ciało, które pragnąłby dotknąć, ale nigdy nie myślał o zdobiących je tatuażach i ręczniku, który jako jedyny skrywał resztę.

Zaklął cicho i przetarł przedramieniem czoło, zanim zmniejszył odległość i podszedł do mężczyzny. Nim podał mu ubrania, wolna dłoń wysunęła się i dotknęła coraz bardziej śliwkowego siniaka, kwitnącego z boku brzucha. Otarł palcami kilka niewytartych kropel wody, kiedy zbadał opuszkami drogę w kierunku jego żeber. Skatowane plecy Juliusa w porównaniu z tym, były dziecięcym zdarciem kolana.

–– Nigdzie nie jedziesz –– podniósł spojrzenie na twarz Adama, odsuwając dłoń i wpychając mu w ręce czyste ubrania. Obrócił się, idąc w kierunku łóżka, szukając czegoś w szafce nocnej –– Wyglądasz jak jebana śmierć. Nie wytrzeźwiałeś, a jeśli zabiorą Ci prawko, Twoja ochroniarska firma, a tym bardziej mój ojciec, nie będą już tacy chętni w wystawianiu czeków –– dodał, wystawiając dwa opakowania leków i maść, którą niekiedy sam się ratował, kiedy potrzebował odrobiny ulgi po bijatyce. Blackwood zagryzł wargę z zamyśleniem, znowu spoglądając w kierunku Adama, gdy okrążył łóżko, by wydzielić mu odpowiednie dawki leków.

–– Jedna na sen. Nie zwali Cię z nóg, ale najbliższe kilka godzin prześpisz. Druga przeciwbólowa. Wystarczy jedna. Maść na stłuczenia i obrzęk –– poinformował, palcami układając wszystko w rzędzie. Sam potrzebował trzech nasennych by zasnąć i dwóch przeciwbólowych, ale z ręka na sercu nie pamiętał już jak długo się nimi wspomagał. Może za długo – ból stał się już częścią jego życia, a im bardziej intensywny, tym lepiej przyswajalny i znany.

–– Nic Ci po tym nie będzie. żebyś się przekręcił, przy Twojej masie musiałbym naszprycować Cię dziesięciokrotną dawką pewnie –– mruknął, nie patrząc już w jego stronę. Zamiast tego z cichym sykiem pochylił się, wyciągając spod łóżka koc, który zwinął pieczołowicie w rulon. Wrócił na swoją stronę i ułożył koc dokładnie na środku, tworząc z niego bezpieczny mur oddzielający obie połowy materaca.

–– Kanapa nie jest tak wygodna –– wyjaśnił, a zaraz potem zawahał się zanim nie zapytał:

–– Zostaniesz?

Adam H. Maverick
wiek:29 lat/a
wzrost:185 cm
dzielnica:Beverly Hills
mów mi:Daddy
ODPOWIEDZ

Wróć do „1217”